Kategorie

niejaka Magda

HAHAHA czekałam, aż padnie to pytanie!
Odpowiedź brzmi: NIE MA TAKIEGO NUMERU!

Jako że udział biorę wyłącznie w konkursach, w których widzę jakąkolwiek szansę na wygraną – konkurs na Blog Roku niniejszym sobie odpuściłam. co widać na załączonym obrazku.

Spora doza samokrytycyzmu zmusza mnie do przyznania się, że bez pomocy paru setek krewnych, znajomych, powinowatych oraz bez pomocy mega akcji promocyjno-edukacyjnej, szanse me są nikłe.

Poza tym, na co mi to, ja się pytam.

Laptopa mam. Kasę mam. Biżuterii nie noszę, bo – zwłaszcza ta droga – słabo na mnie wygląda.

No i chora nie jestem, odpukać.

Póki co, piszę wyłącznie dla satysfakcji, a jest ona niemała.

Dla kasy może w przyszłym roku.

Ale nic nie obiecuję.

Prośba taka

Najmilsi, jak mawiał nasz ksiądz proboszcz.

Wszystkich zainteresowanych uprzejmie informuję, że Waż mój i ja stanowimy odrębne byty.

Wszelkim insynuacjom, jakobym była li i jedynie produktem wyobraźni schizofrenika, daję stanowcze dementi.

Gwoli komentarzy typu „a może by tak Twoja żona coś napisała”.

Jak ktoś za mną tęskni, to zapraszam listy miłosne pisać na MOIM blogu.

Istnieję. Czytam. Czasem nawet odpisuję.

A notka będzie jak się skończy ten nerwowy tydzień, co trwa już od dwóch miesięcy.

Zostańcie z Bogiem.

Wąż mój i aspekty

Miałam na studiach taką ekipę czterech koleżanek. Powtarzam: miałam. Jedna wyemigrowała, co w zasadzie było najmniej bolesne, a reszta? No cóż. Wąż mój się już wypowiedział w temacie, kładąc nacisk na jeden z aspektów „opłatkowego” spotkania. Ja natomiast skupię się na innym, znacznie dla mnie ważniejszym.

Jakoś tak się nieprzyjemnie w tym roku złożyło, że każde takie przedświąteczne spotkanie przyniosło mi przykrą wiadomość.

Spotkanie w pracy: odchodzi z naszego zespołu kolega, bohater kina akcji, ulubieniec pań, książę i pan prezes. Odchodzi co prawda do lepszej (czytaj: na wyższym stanowisku) pracy w innej instytucji, ale NAS zostawia. Raz, że będziemy tęsknić, dwa, że trzeba się będzie podzielić jego robotą. Szczegół że i bez tego jest ciężko…

Spotkanie chóralne: rozstali się nasi znajomi, Brangeliną ich po cichaczu nazywaliśmy. Wszystko było tak pięknie, wszystko szło ku bajkowemu (i żyli długo i szczęśliwie) zakończeniu, a tu nagle ni z tego ni z owego – DUP! W ryj dostałam taką wiadomością. Prędzej bym się wojny spodziewała. Co, jak to, dlaczego? Z jakiej racji? Nie tak miało być! Miało być cudnie. Nie tak się umawialiśmy. Patrzyłam w nich jak w tęczę i raptem mi tę tęczę zwinęli  w rulon i do magazynu.

No i finał: spotkanie opłatkowe u koleżanki ze studiów, na którym dowiedziałam się, że nie mam już koleżanki ze studiów.

Gwoli wprowadzenia: nie zliczę, ile smsów z propozycją spotkania zostało bez odpowiedzi, ile zostało skwitowane odpowiedzią wykrętną, ile było „niemamczasów”, „wyjeżdżamów” i „jestemzajętów”. Wszystko to rozumiałam, jest nas cztery, każda ma inne zajęcia, rozkład dnia, obowiązki i priorytety. Ciężko się zgrać, nie wszyscy muszą od razu radośnie lecieć na moje skinienie. Zawsze jednak doceniałam, gdy udało mi się załapać na jakieś wspólne wyjście. Dużo tego nie było.

Dlatego naprawdę się ucieszyłam, że znów uda się nam spotkać w pełnym składzie, nacieszę się wreszcie za wszystkie czasy i wszystkiego się dowiem.

No to się dowiedziałam.

Dziwnie mi się zaczęło robić już na początku imprezy. Kilkunastoosobowe grono i wszyscy mieli wspólne tematy. Oprócz nas, Węża czyli i mnie.  Trochę dziko, nagle się okazało że jak się kogoś nie widzi przez cztery miesiące to jak dekada, właściwie trudno się wbić w rozmowę o czymś, co nas nie dotyczy. I kolejne zaskoczenie: jesteśmy nudziarzami. Normalnie nie mamy o czym opowiadać. No, bo o czym to się rozwijać: najpierw idziemy do pracy, potem wracamy, jemy jakiś obiad i napawamy się swoim szczęściem? Średnia atrakcja towarzyska, mało emocjonujące, zero akcji… Porażka. Tak więc oto skupialiśmy się głównie na słuchaniu, które znajdowałam o wiele bardziej interesującym.

To było o wiele lepsze. Wszystkie dziewczyny są na prostej, życie im się układa i mają się dobrze oraz coraz lepiej, jedna planuje to, inna tamto, nareszcie jest fajnie i nic się nie wali, żadnych niepowodzeń i tragedii. Siedziałam i czułam, jak mi się robi coraz cieplej na sercu.

A potem się zaczęły slajdy z mijającego roku i wspominki. I zrobiło się jakby ciutkę chłodniej.

Wspólny wyjazd moich trzech koleżanek i ich partnerów – zaraz, czy to nie był ten czas kiedy chciałam je zwołać na grilla w parku i każda była bardzo zajęta planami urlopowymi z rodziną? Wspólny weekend moich trzech koleżanek i ich partnerów w domku na wsi – tak jakby w okolicach terminu, gdy usiłowałam zorganizować spotkanie i wszyscy byli bardzo zapracowani albo mieli już plany? Impreza w moim ulubionym lokalu, na której tylko mnie zabrakło? Co jeszcze? I po co tu w ogóle jesteśmy? Czy oni wszyscy naprawdę sądzą że jestem upośledzona i się nie połapię, że coś się nie zgrało?

Pękłam w momencie, gdy koleżanka od rozwodu wstała zza stołu i ruszyła w stronę toalety. W bardzo charakterystyczny sposób ruszyła, jak kaczuszka i trzymając się za plecy. Dopiero wtedy miałam okazję zauważyć, że ta śliczna błękitna tunika to ciążówka. Jak ona się ruszyła, tak się wszystkim temat przypomniał i zaczęły się zwykłe w takich razach żarty i docinki, a ja najpierw się rozjaśniłam, po czym skojarzyłam fakty i zgasłam…

Jakiś czas temu dostałam od naszej gospodyni smsa, po dość długie przerwie w kontaktach: „Lalka, a Ty jesteś może w ciąży?” Naśmiałam się wtedy, pamiętam że nawet Wężowi mówiłam o patrz, sms kontrolny żeby było o czym gadać przy kawie… „Jasne że nie, przecież bym od razu się pochwaliła. Czemu?” „Nic,tak tylko pytam co u Ciebie:)”

Szybko sobie policzyłam termin. No, tak. Jesteśmy sobie cholernie bliskie. Rozumiem, że nie jestem pępkiem wszechświata i w związku z tym nie oczekuję bynajmniej zawiadomień na złotym papierze. Ale gdyby w naszym wąskim gronie jakaś informacja miała być przekazana, byłaby przekazana. W związku z tym komunikat musiał być prosty i jasny: dziewczyny, jestem w ciąży, nie mówcie Lalce…

I co w związku z tym? Chciały sprawdzić, czy konkurencji nie robię? Nic nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi? Po co ukrywać przede mną taką ważną i cudowną wiadomość? Bo spojrzę złym okiem i urok rzucę? A może nie zasłużyłam żeby się cieszyć razem z nimi? Albo nie powinno mnie to interesować – podobnie jak cała reszta minionego roku, w którym jakoś zabrakło dla mnie miejsca wśród moich koleżanek.

Przełknęłam jakoś i to, chociaż ciężko było. To nie było specjalnie, powtarzałam sobie, to nie jest złośliwość, to nie jest żadna demonstracja. Nie popadaj w paranoję.

No i wtedy moja ciężarna koleżanka z krzywym uśmieszkiem i patrząc mi prosto w oczy zaczęła opowiadać, jak spędza zwykły dzień; mianowicie, pośpi sobie do dziewiątej, po czym wstaje, zakłada paputki i zajmuje się czymś miłym aż do powrotu męża. Generalnie się nie przemęcza i nic nie musi. Oraz, że każda dziewczyna powinna tego spróbować. Lalka, a kiedy wy się wreszcie zdecydujecie?

Godzinę wcześniej opowiadałam, ile czasu spędzam w pracy, ile mam czasu prywatnego, ile mam zaległego urlopu, którego nie wybiorę najprawdopodobniej do następnego milenium oraz, że w tym roku półtora tygodnia zaległego zeszłorocznego urlopu spędziłam przy łóżku umierającej osoby oraz że nie jestem pewna, czy w bieżącym stanie rzeczy donosiłabym ciążę.

Tutaj już trudno mi się było oszukiwać.

Godzinę później beczałam w Wężowy rękaw. Ja pierdolę, nie żałuję im, nie żałuję nikomu. Potrafię się cieszyć szczęściem koleżanki, mimo że nie pochwalam sposobu w jaki je zdobyła.

Ale trzeba mi na to pozwolić. Widać ze swoim spaczonym światopoglądem nie zasłużyłam… Więc trzeba dowalić? Patrz, ty świętoszkowata pierdoło, ja mam a ty nie masz. I kto miał rację, kto ma lepiej? Kto siedzi w miękkim i pierdzi w stołek, podczas kiedy ty ze swoimi zasadami zapierdalasz w kieracie?

Tak to wygląda. Najpierw się wyzłościłam i wypłakałam, potem zaczęłam myśleć. Czy jestem zawistnicą? Bo żal mi, że nie mam spokoju i muszę ciągle martwić się o przyszłość? Pewnie tak. Możliwe.

Jednocześnie – przykro, ale prawda – moja bliska, jak zawsze wierzyłam, znajoma postanowiła mi coś pokazać i za coś mnie ukarać w ten zimowy świąteczny czas. Dostałam kopa w poślady, teraz siedzę, rozcieram i zastanawiam się za co właściwie.

Ciekawe, czy zobaczymy dzidzię. Pewnie nie. W końcu wiosną Anno domini 2011 o terminie swojego ślubu też nas nie zawiadomili…

 

 

Wąż mój i przeprosiny

Przywiózł mi kredki z Ikei. Zamiast kwiatów. W tubce z temperówką.

Bo padnę.

Co za człowiek, najpierw doprowadzi do szału, potem rozwali na łopatki, mnie te wszystkie emocje w końcu zabiją.

Jutro jadę do Mamusi.

Krótka piłka

"Kryterium drzwi wejściowych" można sobie wsadzić, o ile jest się w środku. Niestety.
To ja się może króciutko odniosę.
1) Zakupy: i tak trzeba coś jeść. Zakupy, o które proszę zwykle stanowią jakąś jedną dziesiątą wagi tego, co kupuje Szanowny. Tzn. on kupuje reklamówę. Ja proszę o karton soku. Pan i władca wraca zmachany i sapiący, z reklamówą – i to się nazywa robienie zakupów dla nas obojga.
2) Samochód – trzeba go tankować. Tankuje się średnio raz w tygodniu. Ponieważ tankowane paliwo to gaz, całą robotę wykonuje pracownik obsługi. Olbrzymi wysiłek polega na przejsciu do kasy i uiszczeniu należności.
Sprzątanie samochodu odbywa się raz na pół roku. Szyby od wewnątrz mogą zarosnąć dowolną ilością kurzu. Po pół roku delikatnych napomnień, w dzikiej pizgawie myłam szyby na stacji benzynowej. Chusteczkami higienicznymi, bo mimo równie wielokrotnego przypominania "dbający o samochód" nie ma w bagażniku niczego do czyszczenia szyb. Mycie pojazdu od zewnątrz polega na wstawieniu go do myjni na tejże stacji. 
3) Wynoszenie śmieci – zajmuje 5 minut i trzeba zejść po schodach. Oczywiście to czynność dłuższa i bardziej męcząca niż wyczyszczenie brodzika za pomocą preparatu z chlorem. Czym zajmuje się nasza pomoc domo… kurde, zaraz! Przecież my nie mamy pomocy domowej!
4) Kupowanie biletów miesięcznych – jak sama nazwa wskazuje, odbywa się raz w miesiącu. Przy czym o ile mnie pamięć nie myli, Szanowny nie jeździ tramwajem, a ja ostatni raz potrzebowałam biletu trzy miesiące temu.
5) Żona zajmuje się "tylko" pozostałymi sprawami… czyli praniem, sprzątaniem, zmywaniem i w dodatku najłaskawszyz mężów raczy odpuścić jej pranie swoich gaci. 
Chyba komuś coś się ostro popierdoliło.
Jeszcze bym to może jakoś przełknęła, gdyby ta "dodatkowo płatna praca" rzeczywiście przynosiła jakieś dochody. Namacalne dochody. W formie pieniędzy. Niestety jakoś tak się dzieje, że mój ukochany zarabia i zarabia, a ja jakoś nie dostrzegam poprawy naszych warunków bytowych. Ani stanu konta. Generalnie jedyne co widzę to wiecznie pustą chałupę.
Oraz oczywiście jestem wystawiana za drzwi jak kundel jeśli choćby pisnę o tym, że coś w tym związku nie styka.
Pan i władca jest zajęty pracą i piłką.
Żebyśmy mieli jasność, nie jestem jakąś wojującą feministką. Chciałabym tylko nie być jednoosobowym zespołem do spraw obsługi. 
Bo tak się składa, że ja też pracuję. Ciężej, dłużej, w większym stresie oraz z przynajmniej kilkakrotnie większym i bardziej skomplikowanym zakresem obowiązków.
I jak wracam do domu, chciałabym czasem zobaczyć zaparzoną herbatę, a nie jakiegoś obcego gościa siedzącego na gaciach i ze słuchawkami na uszach, dupą na drzwi, a twarzą do komputera.
Aha, wszystkiego najlepszego. Cieszę się, że imieniny się udały.
Miło wiedzieć, co najbardziej sprawia przyjemność meżowi – postaram się przychodzić z pracy jeszcze później.

Wąż mój i poranne czułości

Sobotni ranek, godzina ósma.

Wąż chrapie, aż się rozlega. Trącam go delikatnie noskiem w ucho.
- Chhhrrrrrrr…
Trącam jeszcze raz.
- Khhh…ssoo?
- Mru mru mru?
- So?
- No, mru mru.
(zupełnie już przytomnie)
- Co?
- Chcę się bawić.
- Zaraz dostaniesz kłębek wełny…
Cham i prostak.

Wąż mój i powtórka

Zgadnijcie co.

Wąż mój był dzisiaj na piłce i dostał w to samo kolano.
Padłam.
Z nowości to że się starzeję: zaczynam kupować tę samą prasę co moja Mama. 
Czy roszponka powinna kiełkować wolniej niż rukola? Zasiałam w sobotę, na połowie doniczki kiełki, a na drugiej połowie pusto.
Aktualizacja. Wąż mój utrzymuje, ze nie dostał w kolano, tylko NAD kolanem. 
Rech, rech, rech.

Tym razem nie o Wężu

Drogi pamiętniczku!

Co to znaczy, kiedy blog.pl nie chce opublikować trzeciej z rzędu notki dowolnego rozmiaru?
Bana dostałam czy jak?

Wąż mój i samodzielność

"Mama just killed a man
Put a gun against his head 
Pulled my trigger, now he’s dead…"
Naa, na na na na naaaa…
Wiecie co, kiedyś naprawdę popełnię zbrodnię.
No, bo sami powiedzcie: jeśli po dwóch i pół zaledwie latach po ślubie mój szanowny doprowadza mnie do białej gorączki, to co będzie po dekadzie? A po ćwirćwieczu?
Dalej się nawet moja bujna wyobraźnia nie jest w stanie zapuścić. Widzę tylko drzwi bez klamek i białe kaftany z dłuuugiiiiiimi rękawami.
Początki imprezy są takie: zawsze (tzn. nie tyle zawsze, co odkąd się znamy) z pewnym podziwem i zgrozą jednocześnie patrzyłam na moją Teściową, która co rano od lat prawie trzydziestu szykowała pięcioosobową ferajnę do wyjścia z domu. Kanapki, plecaki, kasa na paliwo/bilety, dokumenty, od pewnego czasu dowody rejestracyjne, jeszcze woda, jeszcze telefon, jeszcze łba zapomniałeś…
Wąż mój dojeżdżał do liceum około 25 km z tak głębokiej wsi, że jak się rzuciło kamień to leciał i leciał, a na końcu było słychać takie cichutkie "dup". Wyjeżdżał o świcie, wracał póżnym wieczorem i tak podobno uchetany, że przy kolacji zasypiał żując bułę.
Mama mu prała, sprzątała, prasowała, robiła żarcie, podstawiała pod nos, zmywała po nim, pilnowała żeby wszystko zabrał i żeby skręcił we właściwą stronę jak wyjdzie rano z domu. A jak nie mama to siostry.
Tak patrzę na to i patrzę, od ładnych już paru lat – i w coraz szybkim tempie podziw zajmuje sama zgroza. No, bo ludzie. Przyjeżdżają do nas Teściowie z wizytacją (tak to się utarło nazywać w naszym wąskim kółku), zbierają się do wyjazdu, a Teściu do swojej połowicy: gdzie jest moja komórka?
Teściowa grzebie po kieszeniach, po torebce, Teściu tymczasem przebiera nogami. Komórka znajduje się w torebce. Podobnie jak Teścia dokumenty od auta. I kluczyki do tegoż. Generalnie rzecz biorąc: za facetem z rodu mojego męża trzeba wszystko nosić.
A taki zaradny chłopak się wydaje na pierwszy rzut oka: ani nieśmiały, ani dziki, ani aspołeczny. Ze wszystkimi się dogada, wszystko załatwi, niczym się na zapas nie przejmuje.
Na zapas przejmuję się tylko ja. A jak trzeba to i po fakcie.
Przecież jak się czegoś zapomni, wystarczy zadzwonić do żony. Przyleci i przyniesie. W domu tak było, to czemu nie.
A zapomina skurczydziad wszystkiego, dosłownie. WSZYSTKIEGO, czego mu do dupy nie przyspawać na amen! Portfela, telefonu, kluczyków do samochodu, dokumentów z którymi idzie coś załatwiać, kluczy od mieszkania, dowodu tożsamości, nic sobie z wyprzedzeniem nie naszykuje, nosz kurwa! Przepraszam, ale naprawdę nie mogę!
Jak wiem dzień wcześniej, że mam być gdzieś z czymś, ubrana jakoś, poprzedniego wieczoru – a najdalej dwie godziny przed wyjściem – kładę w widocznym miejscu torebkę, do której wkładam wszystkie niezbędne przedmioty i dokumenty. Następnie szykuję sobie ubrania, prasuję i tak dalej, obok umieszczam rajstopy, jak nie mam żadnych całych to idę do sklepu i kupuję. Dzień wcześniej.
Człowiek, za którego wyszłam robi to maksymalnie pół godziny przed wyjściem. Znaczy, nie żeby nosił rajstopy, co to to nie. Mam na myśli, że się szykuje.
Ot, choćby dziś.
Wąż mój zasiadł w komisji wyborczej.
Pół godziny przed wyjściem (tzn. pół godziny przed rozpoczęciem pracy komisji, bo po co wychodzić z mieszkania z choćby pięciominutowym wyprzedzeniem) udał się pod prysznic, rzucając mimochodem "kurcze, chyba trzeba by było założyć jakąś koszulę".
- ŻE CO?? – odbiłam się od poduszki – Chcesz powiedzieć, że nie masz przygotowanej koszuli??
- Mam, ale nie wyprasowaną…
Tutaj proszę miłosierną część społeczeństwa o dwie minuty przerwy oraz na zastanowienie się, jakim cudem polskie społeczeństwo dopuszcza do tego, aby programowano jednostki, jak by nie patrzeć, niepełne.
Człowiek nie rodzi się idiotą. No dobra, może nie każdy. Ale generalnie rzecz biorąc, niemowlęta płci obojga przeważnie rodzą się zdrowe na ciele i umyśle.
Skoro Wąż mój nie wykazywał jakiś anomalii fizycznych ani umysłowych, to coś się musiało stać później. Ktoś popełnił błąd. I nie chcę pokazywać palcem, kto.
I abstrahując od mniej lub bardziej wojującego feminizmu, tudzież znajdujących się na przeciwnym biegunie szowinistycznych świń – czy żona to jest przepraszam automat wieloczynnościowy z funkcją odbierania komend drogą telepatyczną?
Nie mógł mi ofiara powiedzieć dzień wcześniej? Choćby i o 22:30??
Wyprysnęłam z pościeli kompletnie nieprzytomna i rzuciłam się do prasowania podanej mi przez mężczyznę koszuli. Wielki kawał szmaty, tak jak Wąż mój to kawał chłopa. Nieźle się spociłam, ale udało mi się uwinąć zanim wyszedł z kabiny. Ubrał się i zaczął szukać krawata.
Krawat nie leżał tam gdzie zwykle. Przełknęłam kilka brzydkich wyrazów, kilka kolenych zmieliłam w zębach.
Wziął krawat kompletnie nie pasujący do koszuli uciszając moje, jak to nazywa "dziamganie" argumentem, że nie ma czasu szukać innego, bo się spóźni. Zawiązał krawat.
Krawat był okropnie pognieciony.
Zgadnijcie proszę, ile razy w życiu mówiłam mu, że krawat się zwija i wkłada do przegródki w szufladzie albo wiesza na osobnym wieszaku na krawaty.
Wyciągnął jakiś inny, normalnie ładny, ale do koszuli nie pasujący jeszcze bardziej. Zawiązał raz, krzywo. Rozwiązał, zawiązał jeszcze raz. Narzucił marynarkę.
Marynarka była okropnie pognieciona z tyłu.
Otworzyłam usta i na widok jego miny zamknęłam je z trzaskiem. Docisnął węzeł na krawacie i wyłożył kołnierzyk koszuli.
Ja piedolę, na samiutkim przodzie kołnierzyka dwie nie doprane plamki. Pewnie po czymś tłustym, z daleka i przy sztucznym świetle wygląda jak załamanie, ale z bliska i przy świetle dziennym plamy, no jak wół. Plamy.
Nie zdzierżyłam i wybuchłam. Miałam na to całe 30 sekund, dopóki nie założył butów i nie trzasnął drzwiami, wychodząc już spóźniony.
- Wiecznie to samo, wiecznie! Wszystko na ostatnią chwilę, nic wcześniej nie przemyślisz, nie przygotujesz, nie zaplanujesz, o wszystkim trzeba za ciebie pamiętać, dobrze że jeszcze nie robisz pod siebie!! Zresztą to już by nie robiło większej różnicy… – patrzyłam mu na ręce, kiedy chował po kolei po kieszeniach klucze, drugie klucze, telefon, drugi telefon i portfel. Od drzwi zawrócił po chusteczki higieniczne – oczywiście pierwsze pytanie do mnie, gdzie leżą, trzeba było dac mu je do ręki –  i wtedy właśnie zobaczyłam te cholerne plamy.
I tu następuje apel do kobiet.
Jesteście żonami, konkubinami, bliskimi przyjaciółkami, pal licho formalności, część z Was na pewno matkami. Jak nie matkami, to chociaż ciotkami, babkami, wychowawczyniami, opiekunkami czy czym tam jeszcze… Nie róbcie z dzieci ułomów! Uczcie samodzielności, do jasnej cholery! Czy to jest zdrowe i normalne, żeby za dorosłego faceta trzeba było o wszystkim pamiętać i wszystko mu wkładać do ręki??
Sierota zapomni czegoś a ja za nim lecę, bo przecież jak nie zabierze to nie załatwi/ nie pojedzie/ nie przyjmą go… Jak mu nie przypomnę że ma się spakować, wyjedziemy dwie godziny później. Jak mu nie powiem, co ma spakować to na miejscu będzie problem. Jak mu ubrań nie przygotuję to się najem wstydu, bo co ze mnie za żona co mężowi koszuli nie uprasowała?
Ostatnio wyjeżdżaliśmy na trzy dni. Jak mnie spytał, co ma ze sobą zabrać, myślałam że go ugryzę… Po paru niemiłych doświadczeniam nauczyłam się pakować do osobnych toreb. Jak się pakowaliśmy razem, zawsze jakoś tak wychodziło, że ja odwalałam całą robotę i pamiętałam o wszystkim,a potem było "Gdzie są moje czyste skarpetki? Gdzie włożyłaś pastę do zębów? Czemu nie wzięłaś dla mnie drugiej bluzy?"
Tera uwaga, będzie gwóźdź programu. Dziesięć minut od wyjścia mojego kochania odebrałam telefon.
"Zabijesz mnie…"
"O tak, kurwa. Zdecydowanie. Zajebię jak psa! Czego zapomniałeś??"
"Identyfikatora…"
Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na resztę mojej wypowiedzi, i tak wyczerpałam dziś limit klątw na najbliższy miesiąc. Na szczęście słyszały to wszystko wyłącznie sciany naszej wynajmowanej kawalerki i być może kilku sąsiadów przez ściany, bo się nie oszczędzałam. Taki mały koncert przy niedzieli. Wyleciałam w dresie, bez prysznica, przetłuszczone włosy chowając pod kapturem bluzy, wkurzona niemiłosiernie i blada ze złości. Dystans do lokalu wyborczego, normalnie dziesięciominutowy, przebyłam w niecałe trzy.
Zadążyłam w ostatniej sekundzie. Jeszcze mi zaproponował, ze skoro już jestem na miejscu to niech wejdę i zagłosuję.
To jednak szczęście że wzrok nie może zabijać.
Zawróciłam na pięcie i tyle mnie widzieli. Do lokalu udałam się powtórnie po godzinie osiemnastej. Chciałam tak koło dwudziestej się przejsć, przewietrzyć się przed snem. Ale o osiemnastej zadzwonił.
"Wiesz co, ten telefon służbowy mi się rozładowuje, potrzebuję ładowarki"
"Is this the real life ? 
Is this just fantasy ? 
Caught in a landslide, no escape from reality. 
Open your eyes, look up to the skies and see…"
Ja jebię…

Wąż mój na lewo

Z korespondencji SMS.

Ja – Jedziesz gdzieś po pracy?

Wąż – Tak, na uczelnię i do szkoły. A potem bym wyrwał jakąś fajną panienkę do kina.

Ja – Na którą chcesz tę panienkę, to pogadam z kim trzeba. A co z Młodym?

Wąż – Młody jutro.

Ja – No to na którą panienka pytam? Chyba że sam łatwisz.

Wąż – A panienka mogłaby być na 1745 jeżeli na film sensacyjny z Jasonem Stathamem, albo na 1800 na Johnnyego Englisha

Wąż – Wot, niecierpliwa.

Z tego wnioskuję, że dziś idę do kina. Mogę się mylić. A nuż pisał serio.