Kategorie

Nie ma historii

Wyszłam z pracy i kilkaset metrów dalej stałam nad betonowym koszem na śmieci, przepisowe dwadzieścia metrów od przystanku, paląc papierosa.
W koszu spoczywała różowa róża z łodygą złamaną w połowie.
Róża ładna, spora. Dzisiejsza. Pojedyncza biała wstążka. Z tych po piątaku w ulicznej kwiaciarence zapewne.
Ona nie przyszła.
On się spóźnił.
Róża była nie taka.
Może za mała, może za różowa, może za bardzo pojedyncza.
Nie od tej osoby.
Nie z tej okazji.
Pożarli się.
Albo i nie, bo o co się żreć skoro nie zależy – do kosza i do domu.
Leży sobie róża, mienią się na niej krople wody po deszczu.
Nie ma historii, a ja łażę po domu i myślę.
Okno umyłam, przetarłam fronty szafek w kuchni, a tam ktoś może smutny bo róża w śmietniku.

Korzystając z okazji

…słucham w kółko jednej piosenki. Wąż na treningu, wiec może mnie pocałować. Jak wróci. Na razie tylko ja, TRANSLOLA „Smutku mój” i butelka „Sombreros piwo smakowe” otrzymane w podarku od jednego kolegi co dużo jeździ po Polsce. I nie ma, że wulgarne. I nie ma, że w kółko. I nie ma, że a puść to a to. JEDZIEMYYYY!!

Zaraz wracam

…a przynajmniej taki był zamiar, kiedy Wąż mój zawiesił tymczasowo pisanie bloga.
Ale wisi i wisi, zupełnie jakby już nic nie miał mi do zarzucenia. A że nie moge kontrować czegoś, czego nie ma – nie piszę i ja.
W sumie to najchętniej napisałabym książkę.
Tak, książka byłaby fajną rzeczą.
Tylko o czym.

WĄŻ MÓJ I WYJŚCIA PRYWATNE

-To ty sobie wyjdziesz wieczorem z koleżankami. A co ja będę robił cały wieczór? Sam w domu? – zajojczył Wąż mój z lekką pretensją w głosie.
Siedzieliśmy na wersalce, żrąc wczorajsze chipsy i skacząc po kanałach; trochę zdębiałam na takie dictum, naprostowałam się nawet i zdjęłam nogi z taboreta. Ja takie prowokacje niestety łykam jak młody indyk.
- Jaja sobie robisz, miły. Powiedz mi z łaski swojej, ile razy w ciągu ostatniego miesiąca zdarzyło ci się wrócić do domu przed dwudziestą pierwszą?
Cisza.
- Przed dwudziestą?
Cisza, wiercenie się w poduszkach.
- Odwołać coś, żeby pobyć z żoną?
- (bredzenie pozbawione logiki i związku, którego nie zacytuję bo szkoda prądu).
- No więc na jakiej podstawie oczekujesz, że odwołam spotkanie, ponieważ pierwszy raz od wielu, wielu wieczorów, które spędziłam sama w domu, raczyłeś się w tymże domu zjawić przed dobranocką?
- Ale ja nie chcę żebyś odwoływała, przecież idź, ja ci nie żałuję…
- To w takim razie ty mi co? Powkurwiać chcesz dla sportu? Pół godziny na dupie posiedziałeś i już ci się nudzi?
- Bo ja nie wiem, o czym wy tam będziecie rozmawiały i w ogóle…
No i masz, znów to samo.
W towarzystwie mieszanym mogę iść.
Z chłopakami mogę iść.
Czołgiem mogę jechać, skakać z mostu, strzelać z procy. Wszystko git.
Tylko babskiego wyjścia Wąż nie zdzierży. Utkwi mu ono kością z gardle, kijem w tyłku, drzazgą w oku. O facetów nie jest zazdrosny w ogóle. Mogą do mnie robić dowolnie maślane oczy, przymilać się, na kawę zapraszać, łazić na fajkę tylko dla towarzystwa, pisać smsy, prawić komplementy, podejrzewam nawet, że klepać w tyłek, chociaż tu akurat Wąż by nie zdążył zareagować bo już by delikwent dawno miał liść na twarzy, ale mniejsza o to…
Niepokój zaczyna okazywać wyłącznie, gdy wybieram się gdzieś w towarzystwie wyłącznie damskim. Wierci się wówczas, łazi z kąta w kąt i z odpowiednim wyprzedzeniem zaczyna mendzić. Naczelnym problemem jest zapewne to, że będziemy rozmawiać o nim.
Jakby nie było lepszych tematów…

WĄŻ MÓJ I ZAGROŻENIE Z ZEWNĄTRZ

Powrócił nam temat zazdrości w związku.
- Weź odpal i zobacz co tam pykło – rzekł Wąż mój zza kierownicy. Posłusznie wziełam jego cegłówkę, pocisłam gdzie trzeba, zapaliło się.
- Niejaka Aldona, nazwiska brak, z pyska nie kojarzę, zapytuje na fejsdupie jak po egzaminie – zreferowałam bardzo uprzejmie.
- Co ona się tak do mnie przyczepiła? – zastanowił się Wąż mój na głos.
- No właśnie. Co ona się tak przyczepiła? – potaknęłam jeszcze bardziej uprzejmie. Wręcz złowieszczo uprzejmie.
W zasadzie to lodowato.
Wąż mój z wiekiem robi się bystrzejszy i niektóre tony wyłapuje zanim jeszcze poczuje na uszach ciężar lodowych sopli formujących się pod wpływem żoninego tchnienia.
Tym razem też wyłapał i nawet uznał za stosowne wyjaśnić, kim jest owa upierdliwa Aldona. Jest to mianowicie praktykantka z uczelni muzycznej, która przyszła do chóru coś tam zaliczyć i jest od jakiś dwóch tygodni. Wężowa paszcza wydała jej się zapewne sympatyczna i godna zaufania, wskutek czego średnio raz na parę dni interesuje się poczynaniami mojego chłopa na niwie wszelakiej. Jest miła i zagaja.
A ja tak średnio przepadam za takimi co są miłe bez powodu i zagajają do mojego męża bez powodu. Takie to ja sobie muszę każdorazowo obejrzeć z bliska.
- To ja może ją sobie poznam, z bliska zobaczę i porozmawiamy o tym? – zagadnęłam tym specjalnym, radosnym tonem który sprawia podobno, że czuje się oddech śmierci na karku. Przynajmniej tak twierdzi rodzina i znajomi. Radosny ton poparłam uśmiechem rekina.
- Nie ma potrzeby… sam ją spławię.
No i patrz pan, jakie to proste. Nie trzeba nawet żony fatygować.
Niestety nie o wszystkim wiem i nie wszystko jestem w stanie kontrolować. Zamykanie małżonka w piwnicy, choćby i była obita skórą i pluszem, jest zwyczajnie niekonstytucyjne, a ja legalistka jestem.
Co nie znaczy, że mnie to nie boli.
Zwłaszcza, że ostatnio odkryłam, że Wąż mój ma czas odpisać na kilka wiadomości z rzędu do kilku osób z przewagą liczebną pań, podczas gdy JA CZEKAM. I co gorsza, odpowiedzi na MOJĄ wiadomość nie otrzymuję.
Szczyt szczytów nastąpił, gdy w drugim dniu pobytu Węża mojego za granicą od poprzedniego wieczora czekałam na jakiś znak życia. Połączenia drogie, więc w sumie strzałka by wystarczyła. Albo SMS. Albo dwa słowa na fejsdupie. Ponieważ jednak żadnej z tych rzeczy nie otrzymałam, zaczynałam już lekko chodzić po ścianach. Z wieczora poszłam na małe jasne z naszą wspólną koleżanką, a jako ze pogoda sprzyjała średnio – nie usiadłyśmy pod parasolem na zewnątrz, lecz na skórzanej kanapie w lokalu.
I dobrze się stało, bo gdyby pogoda była inna, z dużym prawdopodobieństwem na pytanie „co słonko widziało” można by odpowiedzieć „rozwalone składane krzesło i dwa kufle w drobny mak”.
Koleżanka na moją uwagę, że czekam na info od mężulka i zaczynam się martwić, odparła niefrasobliwie że spoko, nic mu nie jest bo jej dzisiaj dwa razy na smsy odpisał.
Po czym lekko zamarła, widząc mój wyraz twarzy, przypomniało jej się, z kim ma do czynienia i bez słowa, w pośpiechu wyciągnęła telefon by okazać się ze stosownych treści.O które zresztą mniejsza. Biedaczka miała wyrzuty sumienia, że przez nią Wężu będzie miał przechlapane. A przecież chciała mnie tylko uspokoić, że chłop żyw i zdrowy.
Muszę trochę popracować nad mimiką, co będę niewinnych ludzi straszyć.
Problem mój, reasumując, polega na tym, że mogę sobie zaczekać, bo przecież cały czas jestem. Jak nie rano, to po południu, a jak nie po południu, to przecież wieczorem będzie czas. Albo nawet jutro. Doba ma w końcu tylko 24 godziny, kiedyś trzeba spać, a trzeba obdzielić swoją uwagą masę zajęć i wielu znajomych, z których większości się spieszy i mają do omówienia znacznie ważniejsze sprawy – na przykład, jak było na egzaminie, o której zbiórka na orliku, jaka chujowa jest pogoda, względnie jak jest tam, gdzie akurat są i co się wokół dzieje. To są wszystko  bardzo istotne rzeczy, które czekać nie mogą.
A żona przecież jest w domu, tak czy nie. Się wróci to się opowie. Cierpliwa jest, łaskawa jest. Nie zazdrości, nie szuka poklasku… Nie no kurwa sorry, to nie o mnie. Ja chcę być na pierwszym miejscu jednak chociaż raz dziennie, przed wszystkimi koleżaneczkami, niezależnie od tego jak bardzo je osobiście lubię i szanuję.
Komuś tu się mam wrażenie pomieszały priorytety.
A w drugą stronę jak to działa?
- W ogóle nie jesteś zazdrosny.
- Nie?
- Nie – a przynajmniej tego w ogóle nie okazujesz.
- Dobra, od jutra burka.
- Hy?
- Burka. Czador. Kwef. Worek na głowie.
- Aaaa, aha. Dobra, nie było tematu…

WĄŻ MÓJ I DOGADZANIE PARTNEROWI

Rocznica nam się zbliża.
Z tej wiekopomnej okazji Wąż mój popadł w nastrój filozoficzny. A w zasadzie filozoficzno-marudny, jak to z nim zwykle bywa, gdy jest późno, dzień pracy był długi a tu jeszcze jest coś do zrobienia (w tym przypadku akurat przewiezienie części majątku ruchomego w kartonach).
Aby wyjaśnić moją reakcję należy wrócić do dnia poprzedniego, kiedy to udało nam się spektakularnie pożreć o terytorium w naszym nowym mieszkaniu. Topór wojenny zakopaliśmy dopiero po upływie kilkunastu godzin i wyjaśnieniu sobie nawzajem, że
- ty mnie traktujesz jak mebel,
- a tobie nie zależy i czekasz aż ja wszystko zrobię,
- a ja tobie przeszkadzam i się rządzisz,
- a ty się mną wysługujesz,
- a ja tobie w ogóle nie jestem tutaj potrzebny,
- a ty patrzysz jak ja się męczę i dupy nie ruszysz,
- a ty mnie wyzywasz i krzyczysz,
(…, staratatata, kilkanaście punktów opuszczamy)
- PRZEPRASZAM,
- NO JA TEŻ,
po czym mogliśmy wrócić do przerwanej uprzednio pracy. Z tym wyzywaniem i krzykiem to muszę przyznać że było przegięcie więc nastąpił ten rzadki moment, w którym należy małżonkowi wynagrodzić, ugryźć się w jęzor i z oczu wyczytywać życzenia.
- Patrząc po naszym otoczeniu, z naszym stażem to my powinniśmy teraz być trakcie rozwodu a nie się przeprowadzać… – zacieszył Wąż mój po zamknięciu za sobą drzwi auta.
- Meh? Rozwodu chcesz? – Odwróciłam się ku niemu zbaraniała kompletnie, zaprzestając zapinania pasów.
- Niee no nie chcę – kontynuowało oślisko z tym swoim durnym przekornym uśmiechem w poprzek całej paszczy – ale czy my to tacy całkiem normalni jesteśmy, powinniśmy się kłócić i żreć na okrągło, a nie sobie spijać z dzióbków…
- Mało ci było wczoraj, dobra, możemy się pokłócić, jeśli to ci sprawi przyjemność, ja cię kocham i dla ciebie wszystko… yyyy… TY CHUJU?!?

Wąż mój i konflikt na tle

Meble kupujemy. Jestem biedna bo nie mam z kim pogadać o tym, w pracy w naszym w pokoju już nie chcę bo oni próbują pracować, a ja cały czas o półkach, komodach i wersalkach. W końcu któryś mi trzaśnie i będzie koniec pięknej przyjaźni.
Wąż nie daje rady. Najlepsze było wczoraj w aucie jak wracaliśmy od Teściów i zaczęłam: „ja chcę o tym porozmawiać, jak ustawimy meble no i w ogóle”, co spotkało się z emocjonalną reakcją.
„Ale ja nie chcę o tym ROZMAWIAĆ!! JA CHCĘ JECHAĆ DO DOMU I POŁOŻYĆ SIĘ SPAĆ!!”
Biedak, on też ma mnie dosyć.
A ja dostałam, jak widać, szmergla tematycznego. Plus do tego focha na tle finansowym, ponieważ Wąż mój nie był w stanie specyzować, jaką kwotę jesteśmy w stanie przeznaczyć na meble do naszego mikrosalonu. Za to doskonale wie, ile kosztuje jego wymarzona plazma czterdzieści dwa cale wraz z konsolą. Taaak, TO ma akurat doskonale obcykane…

Ja jestem skromna dziewczyna, chciałam jeden, słownie JEDEN wygodny fotel. Nawet nie skórzany czy coś, zwykły sobie fotel w jasnej tapicerce. Miejsca nie ma na fotel, o. A ten sobie zażyczył duży telewizor i konsolę i jeszcze twierdzi, ze na pewno mi się spodoba.
No nie wiem.
Jedyne co na pewno mi się spodoba, to zestaw głośniczków do kina domowego. W rogach pokoju, żeby było ładne przestrzenne brzmienie, jak sobie zapodam, proszę ja Was, Czajkowskiego do wieczornej herbatki.

Trochę mi się to kłóci jedno z drugim. Tableau vivant: Ja z porcelanową filiżanką w jednej dłoni, beletrystyką w drugiej, z głośniczków subtelne dźwięki „Walca cukrowej wróżki”, a metr ode mnie stary durny słoń skaczący na niewidzialnej deskorolce.
Bo on chce taką konsolę która pozwoli na gry ruchowe. Ostatnio w hotelu mieli coś takiego uruchomione, w holu. Się chłopaki bawili jak dzieci przez dwie godziny.

W bokserów.

Chryste.
Ja mu od razu powiedziałam, że na gry ruchowe mnie nie namówi za żadne skarby, ale jak mi załatwi jakieś fajne platformówki na pada albo przyjemny odpowiednik „Fallouta” to może, z naciskiem na MOŻE łaskawie skorzystam czasami.
Szczęściem zna jakiś umiar i wymyślił, ze zafundujemy (czaicie, „MY”) to sobie na Boże Narodzenie.
No to w takim razie nie daruję fotela.
Chcę fotel, choćby miał stać piętrowo na sofie.
Jeszcze jeden genialny cytat z wczoraj.
„Mi Rafał mówił, że tak się będziesz zachowywała jak jego Kaśka i będziesz tak mówiła, a ja na to, że nieee, Lalka taka nie bęęędzie… no i masz, MIAŁ RACJĘ!”

Wygląda na to że kogoś tu zawiodłam.
Generalnie to podobno nie ma być tak, że każdą pierdoloną szafeczkę się ogląda jakby od tego życie zależało, tylko się znajduje co się podoba, a potem się już nie wymyśla i nie kombinuje, tylko się kupuje, stawia, zapełnia i nie ciąga męża po ciul wie ilu galeriach tylko po to, żeby pociągać.
Jakby w tym mieście było ciul wie ile galerii, no doprawdy.
Jutro po robocie lecimy spisywać protokół w obecnościAnitki z biura pośrednictwa nieruchomości, nie wiem po co im to, ale się nie wtryniam, ja chcę tylko dostać klucze i zamieszkać.

Ja w ogóle przepraszam, że ten tekst taki chaotyczny, ale nie co dzień się kupuje mieszkanie 36mkw na rynku wtórnym.

Trochę emocjonalnie zesrana jestem.

Wąż filozof

„Lato to są te cztery tygodnie w roku, kiedy masz ciepłe stopy”.

Wąż mój i granice tolerancji

„A twój mąż to nie ma nic przeciwko, że sobie tak wychodzisz na imprezy sama?” – zagaiła koleżanka z pracy w wyniku mojej opowieści o nieprzyjemnym typie, który usiłował się dosiąść do naszego stolika w błędnym mniemaniu, że trzy kobiety, którym nie towarzyszy żaden mężczyzna, na pewno szukają przygody.
Nie, nie zabrania. Wolno mi wyjść z domu po zmroku i wrócić o dowolnej porze. Mogę spożywać alkohol, palić papierosy i wyczyniać dzikie harce na parkiecie. Ograniczenia są dwa: nie jarać w jego obecności, gdy przebywamy w pomieszczeniu zamkniętym oraz nie dręczyć, gdy mnie boli głowa w wyniku nadmiernego spożycia.
W mieszkaniu ani na klatce nie palę, bo tak mnie wychowano.
Pozostałe ograniczenia narzuciłam sobie sama, stając na ślubnym kobiercu i pilnować mnie nie trzeba.
Jemu natomiast wolno wybyć samotnie do kina, na imprezę ze znajomymi, do ościennego miasta na mecz koszykówki, a nawet na zagraniczną konferencję – nie służbowo, lecz w ramach hobby. Nie pije, bo ma takie zasady. Nie pali, bo nie lubi. Nie tańczy, bo nie umie. Pozostałe ograniczenia jak wyżej.
Koleżanka wydawała się zaskoczona. Również kolega, który wpadł w pośpiechu do naszego pokoju po akta i został przez dziesięć minut, bo go temat głęboko zafrapował. Jego żona nie jest zadowolona, gdy on chce wyjść bez niej.
Jego żona mu wręcz nie pozwala.
Zadumałam się nieco po tej wymianie poglądów. Zrobiłam szybki przegląd ludzi z pracy i dotarło do mnie, jak ciężko jest ich zebrać do kupy na jakkąkolwiek eskapadę. Nawet nie na piwo, ale choćby na kebaba czy lody z automatu.
Dwie samotne matki, w tym jedna z dziecięciem lat pięciu, druga z nastolatkiem. Jedna zaręczona, w trakcie zaawansowanych przygotowań do ślubu i wesela; jedna na macierzyńskim, jedna w zaawansowanej ciąży, jeden po kontuzji z nogą w stabilizatorze… Tych nie liczę, bo oni to faktycznie nie poszaleją. Ale pozostali?
Mąż jest zazdrosny.
Żona ma pretensje, że nie pomaga w domu.
Narzeczony nie pochwala.
Ona mi niepozwoli.
On mi nie pozwoli.
Nie pozwoli.
„Żenisz się – oooo, to koniec zabawy!”
Kurde, może coś robimy źle? Dajemy sobie nawzajem za dużo swobody, nie jesteśmy wystarczajaco czujni, prosimy się o nieszczęście? Z czegoś to musi w końcu wynikać, że wszyscy wokół traktują trzymanie współmałżonka na niewidzialnym łańcuchu jako coś najzupełniej normalnego, a nasze podejście do tematu wydaje się otoczeniu nienaturalne.
Nawet Teściu, człowiek przecież życiowo doświadczony i miłujący swoją połowicę, słysząc kolejną opowieść swego syna o meczu zwykle rzuca „I ty mu tak pozwalasz?”
Nigdy się nie odważyłam spytać, czy jestem w związku z tym złą żoną. A nuż by potwierdził…
Uczęszczam zatem raz na jakiś czas na „babskie wyjścia”, tudzież na imprezy mieszane i poza namolnym wypytywaniem, o czym gadałyśmy i gdzie byłyśmy (właściwa Wężowi ciekawość i odrobina zazdrości o moją niepodzielną uwagę), nie ponoszę żadnych konsekwencji. Nawet jestem odwożona i odbierana spod pubu/klubu/sali koncertowej, jeśli zaistnieje potrzeba. Inna sprawa, że staram się tej uprzejmości nie nadużywać.
Nam się to wydaje normalne, że nie wszystko musimy robić razem. Nasze zainteresowania nie muszą się pokrywać w stu procentach. Oraz przede wszystkim – WOLNO NAM mieć zainteresowania. Fakt, że jedno z nas akurat nie może z jakiś względów w przedsięwzięciu uczestniczyć nie powoduje, że drugie ma siedzieć w domu – BO TAK.
A bywało inaczej. Oj, bywało. Byłam zazdrosna jak wszyscy diabli. Ku zaskoczeniu wszystkich, a zwłaszcza ku mojemu własnemu – przeszło mi po ślubie. Podobno ślub kobietę zmienia. To by się zgadzało.
Wąż mnie czasem próbuje wyprowadzić z równowagi, pytając ceremonialnie w obecnosci wspólnych znajomych/rodziny „żono, czy wyrazisz zgodę na?…”, w odpowiedzi na co zwykle wymownie stukam się w czoło palcem wskazującym.
Ja natomiast w odpowiedzi na propozycje rozrywek pozamałżeńskich (typu babskie wyjście właśnie) mam zwyczaj dzwonić do niego i pytać: „Mężczyzno, czy mamy jakieś plany na (…)?” – tu wstaw dzień tygodnia i datę. Tak tylko, zeby z siebie idiotki nie zrobić, bo może już komuś coś obiecaliśmy a ja nie pamiętam?
Jestem złą żoną, nie wywiązuję się z obowiązków.
Póki jednak życia, póty nadziei – może coś się poprawi jak zaciążę…

Wąż mój i wychowanie

- Ty mnie próbujesz wychowywać, jakbym miał pięć lat najwyżej! Weź się kobieto uspokój! Przestań mnie ustawiać, jestem dorosłym meżczyzną czy nie!
Kochani! Jaki błąd popełniłam?
Zabroniłam wyjść z kolegami na mecz.
Pudło.
Czepiałam się żeby posprzątał.
Nie.
Byłam zazdrosna o koleżanki z pracy.
Też nie.
Zwróciłam mu w restauracji uwagę, że siorbie.
Y-y.
Wytargałam za uszy w miejscu publicznym, dałam klapsa w tyłek i powiedziałam, że jeszcze raz i wracamy do domu i żadnych zabawek nie będzie.
Nie, też nie to.
Zła, obrzydła żona kazała chłopu iść spać o dwudziestej trzeciej trzydzieści.
Potwór. Zgaga. Czarownica. Dorosłemu zabronić.
I to wszystko na pewno ze złej woli, wrodzonej zołzowatości i na przekór.
Idzie do pracy, siedzi po godzinach, coś tam przenosi, grzebie, konfiguruje, leci do szkoły, na mecz, na próbę, jak tydzień długi – od poniedziałku do niedzieli włącznie, wraca do domu po całym dniu o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Bierze prysznic. Ledwo stoi. Zeźre coś, prawie po omacku. Kompa odpali, już mu łeb się widać zrobił cieżki, ale nie…
- Wyśpijmy się dzisiaj misiu, co?…
- Ty znowu zaczynasz??
- Aha. To co dzisiaj jest? Koszykówka, siatkówka, piłka nożna?
- … (mruczenie)
- Nie dosłyszałam skarbie, możesz głośniej?
- …koszykówka.
- Aha. O której?
- … (burczenie).
- TAAAK??
- … o pierwszej trzydzieści.
Potem leci standardzik.
22:30 Wąż przed telewizorem zaczyna dziwnie oddychać. Zupełnie jakby pochrapywał. Oczy otwarte, wyprostowany. Telewizor ściszony, twardo ogląda. Unoszę się lekko z poduszki.
- Misieńku… zasypiasz.
- Wcale nie zasypiam, czemu ty zawsze musisz się czepiać??
Odpuszczam, uśmiechając się z politowaniem w poduszkę.
22:50 Węża głowa kiwa się po raz pierwszy.
Migusiem prostuje się i oboje udajemy, że nic nie zaszło.
23:10 Wężowy ciężki łeb kiwa się po raz drugi. Z paszczęki wydobywa się regularne chrapanie. Podnoszę się do pozycji siedzącej, by sięgnąć po telefon i nagrać dla celów dowodowych. Wąż używa telepatii i natychmiast następuje cudowne przebudzenie.
- Zmęczony już jesteś, co? – zagajam szyderczo udając, że potrzebowałam wstać do kibla.
- Odwal się.
23:15 Wąż chrapie okropnie. Rzucam szlafrokiem, bo nie chce mi się wstawać. Wąż oburzony, że śmiem zakłócać mu męski rytuał, tupiąc i prychając jak tur rusza do łazienki.Skrzypiąc cholerną podłogą.
23:30 Węża głowa opada po raz trzeci. Tym razem do tyłu. Fotel chwieje się niebezpiecznie, dechy skrzypią, fotel skrzypi, Wąż rzęzi, następuje chwilowy bezdech, a po nim chrapnięcie, które brzmi jak uruchamiana piła łańcuchowa, anioł by nie zdzierżył, a ja SORRY do anioła mam kilometrów, niech policzę…
- KŁADŹ SIĘ SPAĆ KURWA!!!
Tu należy wstawić Wężową kwestię wskazaną w pierwszym akapicie.
W następstwie powyższego następuje foch, wyłączenie urządzeń RTV, świateł, opcji komunikacji werbalnej i na drugą stronę łóżka zwala się wielki obrażony pień.
Po czym rzeczony pień przez całą noc aż do rana:
- chrapie,
- rzęzi,
- bulgocze,
- jęczy,
- wzdycha,
- gada przez sen,
- skopuje kołderkę,
- szuka kołderki,
- sprawdza przez sen łapą czy żona jest obok (trafiając w twarz),
- uprzyjemnia życie i pozwala się wyspać.
Rano nic nie pamięta.
Rano jest:
- Szósta jest. Wstajesz?
- Jeszcze kilka minut.
(…)
- Misiek, piętnaście po. Wstań.
- Mhm, minutka.
(…)
6:40 (chórem)
- O JA PIERDOLĘ!!
Najlepsze było wczoraj, myślałam że z ubawu ducha wyzionę: „Chłopaki mnie wyśmieją, mówiłem że ten mecz na pewno obejrzę!”
Tja.
- Ty mnie próbujesz wychowywać, jakbym miał pięć lat najwyżej! Weź się kobieto uspokój! Przestań mnie ustawiać, jestem dorosłym meżczyzną czy nie!
Do przemyślenia.
P.S. Wczoraj wróciłam z babskiego wyjścia o 23.30. Wąż mój w łóżku, pod kołderką, spał jak niemowlę.
Po dwudziestu minutach, usłyszawszy klapanie w klawiaturę, obrócił był cielskiem o 30 stopni.
- Cześć, żabciu…
Nie odpowiedziałam. Zaśnie z powrotem, myślę.
- Żabciu??…
Ehh.
- Mmm?
- Dobrze, że jesteś… Chrrrrrr