Abu 2010-02-05 09:53:52

Wąż mój zasuwa w pracy jak mróweczka... Chciaż, nie. Pomyłka. Nie ten gabaryt. Jak wół roboczy zasuwa, po jakichś chorych godzinach, potem jeszcze leci to z kumplem do kina (bo mi się nie chce), to na próbę chóru, po czym wraca o 22 z minutami, kiedy królewna powinna się już umieścić w posłaniu coby rano nie mieć zapuchniętych oczek. Ale ona bardzo chce pogadać z Wężem swym i żeby opowiedział jej jakąś bajkę na dobranoc (ulubiona to "a kiedyś, jak już będziemy bogaci i nie będziesz musiała pracować po godzinach" oraz równorzędna "jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie") i żeby pocałował ją na dobranoc w nosek - i w oba oczka - i w czółko - i w ucho - i może w parę innych miejsc, na co oboje nie mamy już siły ani czasu...
Więc królewna siedzi w pracy po godzinach, bo co ma biedna ze sobą zrobić w domu - po czym wraca i w domu dalej siedzi sama - a Węża nie ma - i nie ma - i nie ma...
Ale dziś - o, nie! Dziś Wężowa Królewna idzie na Babską Imprezę. W tym celu jedyna dysponująca własnym (znaczy że w księdze wieczystej figuruje jej imię i nazwisko o nie jest to żadna pomyłka ani zbieżność) mieszkaniem mężatka - wymiata swego przystojnego, wygadanego małżonka na miasto i zostajemy My - same najpiękniejsze, zajzdolniejsze i najmilsze, coby razem wypić grzańca i obgadać te mniej piękne, mniej zdolne i mniej miłe oraz - w miarę możliwości - sklepać również tyłki naszym mężom, narzeczonym i partnerom, murowanym kandydatom na wyżej wymienionych oraz jednostkom, co do których takich planów ABSOLUTNIE nie mamy.
A ja nie mam na co narzekać, bo mojego Węża ciągle nie ma.
Jak narzekać na kogoś, kogo nie ma? Nawet nie mamy okazji się pożreć porządnie.
Ta notka też  jakaś taka na siłę.

skomentuj (0)

Wąż mój i forsa 2010-01-27 14:24:06

On wziął i faktycznie przelał mi swoją wypłatę!
Do końca nie dowierzałam, ze to się naprawdę stanie...
Nagle spiętrzyła się przede mną masa problemów. Za czyje właściwie będę kupować prezenty i jak udowodnię, że za swoje? Kto stawia piwo? Kto płaci za obiad w barze? Kto zatankował i dlaczego ja, skoro to ON jeździ?
No i przede wszystkim - jak ja mam teraz ciuszki kupować i książeczki, kosmetyki z katalogów, batoniki, żelki w kształcie robali i takie tam, skoro wszystko wspólne? On takich rzeczy nie kupuje, no to znaczy, mi chyba też nie wolno. Żegnaj, Allegro! Żegnajcie, półki ze słodyczami tuż przed samą kasą! Przyjdzie mi cisnąć każdą złotówkę aż się orzełek zesra, coby mi przypadkiem ślubny rozrzutności nie zarzucił.
A już byłam o włos od zalicydowania przecudnej urody zamszowej torebki w fantastycznym kolorze siarczystego błękitu, za jakąś niebotyczną kwotę... no i masz.
Jestem udupiona.
Jeszcze ani razu w sklepie nie byłam, a już mi na psychikę siada. Ile mogę dziennie wydać i na co? Czy będę musiała rzucić palenie? Jaką kwotę miesięcznie mam obowiązek zaoszczędzić?
Ach, zbyt wielki ciężar zrzucono na te barki, to wpłynie na moją młodą psychikę... (jakiś złośliwec może w tym momencie dodać, ze nie taką znów młodą).
No, ale nic to. Miesiąc poćwiczę, a nuż się spodoba...

Tagi: obowiązki, wypłata, wydatki, oszczędności, dzielenie

skomentuj (7)

rozmaŻona 2010-01-19 21:48:17

Jak parę tysięcy innych osób obejrzałam sobie dzisiaj filmik z kilkoma postarzałymi, acz wyluzowanymi panami w dredach, śpiewających o czym I don't knoooo-nono-ooow. Pięć razy. I właśnie siedzę i słucham po raz szósty. I łzy ocieram. Dosłowne, słone i mokre.

Całe życie byłam upiornie grzeczna i posłuszna. Czasem tylko końcem jednego ucha łowiłam opowieści rówieśników, że Grzesiek to szuszuszu, a Marek, hhiiiii, ale już Kaśkaaa o Boże nie mogę ej, ciiicho kujonica idzie!
Kiedy skończyłam lat dwadzieścia, wyjechałam na studia do innego, pięknego i co najważniejsze OBCEGO miasta. Zrozumienie, że wolno mi nieco więcej niż tylko chodzić na wykłady i konwersatoria, zajęło mi rok. Kolejny rok to był czas zbierania fajnej paczki ciekawych ludzi - jednej, drugiej, trzeciej, bo z reguły towarzystw nie dało się miksować, zbyt były specyficzne.
Ledwie pozbierałam, wszystko sypło się jak wściekłe, bo studia się skończyły i wszyscy nagle dorośli i wyruszyli w świat za swoimi, ważnymi przecież sprawami.
Ocknęłam się ze świadomością, że do trzydziestki bliżej niż dalej, a ja nie mam z kim zaśpiewać i zatańczyć, o wypiciu kielicha już nie wspominając, właściwie to nigdy nie byłam naprawdę młoda i nie wiem co to znaczy, jestem cholernym urzędnikiem, czyli czymś, na co się w tym kraju pluje z rozbiegu i na dźwięk słowa ODPOWIEDZIALNOŚĆ kręgi odruchowo układają mi się w linię prostą.
W dodatku w promieniu trzystu kilometrów mam zaledwie dwie bliskie osoby, z czego jedna zakuwa się na śmierć na filologii angielskiej i nie bardzo lubi moje towarzystwo w dawkach większych niż pół godziny jednorazowo, a druga nienawidzi wszystkiego, co trwa dłużej niż do 21:00 a nie jest meczem albo sesją cs-a.
Zgadnij misiu, którą z nich jesteś Ty.
Nienawidzę mojego zapapierzonego, zaplanowanego, zimnego, ciemnego, muszę-jutro-wstać-o-szóstej życia, ciągłego czekania na długi urlop, który nigdy nie nadchodzi i zapierdalania po całej Polsce w każde możliwe święto, bo jeszcze ktoś się obrazi. 
Chcę usiąść pod daszkiem w upale, jarać papieroska i improwizować z kolegami. I mieć wszystko w dupie. Chociaż raz na jakiś czas.
Tylko że nie ma kolegów, bo oni wszyscy się już wybawili i teraz są dorośli.
Zostałam jak jedna goła, ślepa mysz, ostatnia z jesiennego miotu i zabije mnie kopaczka do ziemniaków.
Kurwa.
Idę spać, muszę jutro wstać o szóstej

skomentuj (9)

Nie lubię Węża 2010-01-06 16:25:13

Nie bardzo jest ostatnio o czym nawijać. Wszystkie tematy Wąż eksploatuje na bieżąco i do reszty. Dopowiadać ze swej strony nie mam ochoty, bo opisywane wydarzenia wystarczająco szarpią mi nerwy same w sobie.
Z nowości:
Trzy dni temu - dyskusja nt. mojego pomysłu, by równolegle do etatów założyć jednoosobową firmę i handlować przez internet. W ciągu wieczora okazało się, że absolutnie, nie może to być mała działalność na dorobienie, bo przecież SĄ MOŻLIWOŚCI!! Można dostać dofinansowanie, i żeby to jedno! I - tu uwaga - WYSTARCZY utrzymać się na rynku przez rok lub dwa, by tego nie musieć zwracać!
Małe pytanie, dlaczego mam ryzykować cały mój mikry mająteczek i kolosalne długi, skoro miałam zamiar zainwestować troszeczkę i zyskiwać troszeczkę, kosztem godziny dziennie przy kompie i godziny dziennie przy pakowaniu - pozostało niezauważone. Już późno w noc, gdy nie zdzierżyłam i ośmieliłam się wtrącić, że to był mój pomysł i chciałabym mieć w tej sprawie coś do powiedzenia, usłyszałam "JAK NIE TO NIE! Sama się tym zajmuj!", po czym jaśnie pan odwrócił się do mnie dupskiem i donośnie zachrapał.
Noc w plecy.
Przedwczoraj musiałam zostać w pracy po godzinach. Szanowny zadzwonił, że chce wyjeżdżać do teściów zaraz, już, bo Mamusia przecież robi obiad na siedemnastą. Ja na to, że o 17 to możemy wyjechać, bo ja mam jeszcze sporo roboty, a obied przecież możemy sobie odgrzać. Pojechał sam. Wróciłam z pracy o 20:00. Od 7:30, nota bene. O 22:00 położyłam się i po piętnastu minutach już spałam.
Po kolejnych pięciu odebrałam telefon, że jaśnie wielmożny raczył zajechać i jest - uwaga - już na stacji benzynowej. Na moje półprzytomne pytanie, co ja mam z tym wspólnego, usłyszałam, że - jak to co, muszę wyjść do samochodu, bo on mi przywiózł moje przesyłki co na adres teściów dostałam i jeszcze torbę i nie ma tyle rąk żeby to zabrać.
Pomna ostatniego wieczora, nie dyskutowałam. Tym razem naprawdę potrzebowałam snu. Wstałam, ubrałam się i wyszłam na mróz. Dostałam do ręki wieszak z garniturem w pokrowcu. Przesyłki pan Niemamrąk włozył do torby i zaniósł je do domu.
Momentalnie senność mi przeszła, bo mnie krew zalała i poziom drenaliny skoczył. Siłą rozpędu rozpakowałam przesyłki, wystawiłam komentarze, przymierzyłam sukienkę, zdjęłam ją, włożyłam piżamę i padłam. Po kilku minutach (do północy już bliżej niż dalej) łaskawca przyszedł się dowiedzieć, dlaczego nie słucham, co on do mnie raczy mówić. "bo śpię" - odparłam z ostatkami spokoju i to był błąd. No ale jak to, jak ja się zachowuję, on przecież chciał mi pokazać jak napisał list motywacyjny, poza tym nie widzieliśmy się cały dzień i mogłabym poświęcić mu 5 minut, a poza tym przyszły cenniki ale skoro mnie nie interesują to nie, bez łaski. I wyszedł.
Chwila, moment. Jakie cenniki? Przecież mam się tym zająć sama? A skoro sama, to co mnie do nędzy obchodzą jakieś cenniki?
Dwie godziny w plecy. Wkurwiona nie zasnę za nic w świecie... chwilę po tym, jak wreszcie mi się ta sztuka udała, wrócił spać i mnie obudził.
Noc w plecy.
Wczoraj nad ranem obudził mnie, totalnie nieprzytomną, pół godziny wcześniej żeby mnie ucałować przed wyjściem do pracy. Bo przecież on się już nie gniewa, możemy się zachowywać jakby nigdy nic! Odburknęłam coś. Obraził się.
Wieczorem wróciłam i nie tyle wybuchłam, co się ze mnie wylało.
Dziś rano chciał mnie po ciemku na pożegnanie połaskotać w nos i włożył mi palec w oko.
Ciekawe, co mnie czeka wieczorem. Albo nie, nie chcę wiedzieć.

Tagi: nie lubię węża

skomentuj (4)

Wąż mój i świstak 2009-12-31 09:26:07

Nawiązując do najświeższej notki Węża mojego postanowiłam podzielić się z rodakami tym, co mnie dziś o poranku w drodze do pracy oświeciło.
Co to jest "wkurwiacz" wszyscy już zapewne wiedzą, natomiast nikt nie wie jeszcze, dlaczego tak mnie on irytuje. Ja sama dziś dopiero na to wpadłam.
Bo mi się źle kojarzy, ot co.
W bydynku, w którym mieści się mój zakład pracy, na parterze mieści się bufet.  W cenach dość wygórowanych, jednak jeszcze nie zabójczych, oferuje się w owym bufecie posiłki gorące na równi z sałatkami oraz drożdżówą tudzież kawą 3 w 1 w torebeczce. Sala bufetowa jest duża, wejście oddalone, pani do obsługi jedna. Kursuje kobieta między kuchnią a okienkiem, nie raz i nie dwa w tej kuchni dłużej musi zabawić, więc zastosowano rozwiązanie mające - tak to sobie tłumaczę - służyć do anonsowania wchodzących klientów.
Gdybyż to był dzwoneczek nad drzwiami.
Nic z tych rzeczy.
Na metalowym stojaku na kwiaty umieszczono zabawkę - świstaka z prymitywną fotokomórką sprytnie ukrytą w miejscu, gdzie zgodnie z naturą powinny znajdować się siekacze.
Świstak oczywiście gwiżdże. Robiu "fiu-fiuuu!!" jak w kreskówkach robią na widok fajnej panny. Wielu Polaków zdążyło się zapewne zapoznać ze zjawiskiem - w okresach okołoświątecznych można toto dostać na każdym niemal bazarku.
Trzy czy cztery lata temu kupiłam takiego Ojcu w prezencie na Boże Narodzenie. On się lubi pośmiać i bardzo mu się podobał, zresztą cała rodzinka była wtedy zachwycona. Przez pierwsze dwa dni. Później wszyscy zaczęli powoli tracić cierpliwość do tego namolnego dźwięku i koniec końców usunięto zwierzęciu baterie.
Taki sam skubaniec jest przy drzwiach do bufetu. Po prostu nie można wejść ani wyjść, żeby wszyscy obecni nie podnieśli głów znad talerzy/filiżanek. W dodatku często są na sali panowie w kombinezonach, pracujący w sąsiednim zakładzie. Ci czasem wtórują swistakowi. Coraz częściej rezygnuję ze spódnicy i obcasów na rzecz spodni i balerin. Strasznie nie lubię zwracać na siebie uwagi większej grupy ludzi. Nazwijcie to nieśmiałością, proszę bardzo. Ja tam uważam że dzikus jestem i jako takiego nie powinno się mnie regularnie płoszyć. A świstak - skubaniec jest w tym najlepszy. Paręnaście razy zrezygnowałam z posiłku, żeby tylko obok badziewia nie przechodzić.
A Wężowy "wkurwiacz" ma charakter kubek w kubek podobny do świstakowego gwizdania. Wąż działa jak fotokomórka, nie oszuka się go. Wyhaczy odsłonięty nadgarstek z drugiego pokoju. Dżwięk jest namolny, irytujący, zawsze o tej samej głośności i brzmieniu oraz - co najgorsze - NIEUCHRONNY. Dochodziło do tego, że przebierając się w miejscu lub porze, gdzie Węża nie ma prawa być, podkulam paluszki u stóp w odruchowej obawie przed TYM CZYMŚ.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Bycie atrakcyjną dla Węża mojego jest dla mnie bardzo ważne i cieszy mnie niepomiernie, choć może za słabo to okazuję.
Ale czy nie obeszłoby się bez świstaka?

Tagi: mąż, żona, nerwy, świstak, przebieranie, bufet

skomentuj (3)

Wąż mój i sny 2009-12-22 09:44:13

Wąż mój zgubił ostatnio obrączkę. Chujnia straszna, bo to OBRĄCZKA - nie mógł chociaż parę lat od ślubu zaczekać z tym gubieniem? Po drugie, stosunek mas naszych obrączek ma się mniej więcej jak nas, czyli w przybliżeniu 3/1. Co oznacza, że bardziej by nam się opyliło, gdybym to ja zgubiła swoją. Mniejsza strata finansowa, to pewne. Ale nie, ja swojej pilnuję. I nadal noszę, chociaż się odgrażałam, że na złość przestanę i jeszcze w pracy będę opowiadać, że się rozwiodłam. Niestety na to jestem za miękka buła... Tak więc do stresu związanego z pracą i nauką doszedł jeszcze i ten. Serce mi pęka po prostu to i nie dziwota, że koszmary się śnią. Pomijając regularne dociskanie przez coraz mniej dbającego o mój komfort Węża do zimnej ściany (dziś odkopywanie olbrzymiego cielska w stronę obrzeża wyrka było nieodzowne aż siedmiokrotnie), tudzież przypadkowe (?...) ciosy w łepetynę, Wąż postanowił wzbogacić moje nocne życie o dodatkowe efekty dźwiękowe... Ale od początku.
Wynajmujemy kawalątek domu wielorodzinnego na potrzeby własne. Na sąsiedniej posesji stoi dom o podobnych gabarytach, za to kompletnie opuszczony i zapuszczony. Jakoś na początku roku bieżącego zmarło się samotnemu, nieszczęśliwemu człowiekowi, który tam mieszkał, co sąsiedzi odkryli po dwóch tygodniach od rzeczonego faktu. Chyba trudno się dziwić, że obiekt pokryty zaciekami, z dziurawymi od rdzy rynnami i resztkami prawie czarnych firan w oknach w połaczeniu z wizją dwutygodniowych zwłok może robić dość upiorne wrażenie. Jak wychodzę na papieroska, to nie mam wyboru bo wjazd jest z tamtej strony i się gapię na dom, bo na co innego mam się gapić. No i dzisiaj o okolicach drugiej w nocy wychodzę na papieroska. Ciemno jak trzeba, nawet nie za zimno, szalik drapie jak zwykle, chałupa obok wygląda jak zwykle, krzaczory bujają się jak co dzień na wietrze. Jest tylko jedna różnica, mianowicie chyba wilkołak. Albo jakieś inne monstrum. Wielkości sporego cielaka, pokryte długim, brudnym, splątanym futrem, z zaślinionymi kłami wielkości mojego kciuka co najmniej i oczyskami świecącymi na czerwono. Najpierw wydaje z siebie coś pomiędzy krzykiem a wilczym wyciem (jeszcze z tyłu bydynku), po czym zaczyna charczeć czy cholera wie jak to nazwać, bardzo głośno to robi. Daje susa na trzy metry przez siatkę i płynie w powietrzu, celując najwyraźniej do mojego gardła, a ja usiłuję krzyczeć, już świadoma, że to jakiś dość popaprany sen. Zwykle gdy śnię, że coś zaraz mnie zeżre, budzę się w sekundzie. Nie tym razem, co to to nie. Bydlę leci na mnie i leci, ja w coraz większej panice, za diabła nie mogę się obudzić, zaraz mi serce stanie, trwa to w nieskończoność, w końcu widzę paszczę przed samym nosem, i nareszcie, sen powoli zaczyna się rozmywać, co do cholery, dlaczego to nadal warczy, Jezus Maria, to nie sen, zaraz coś naprawdę zagryzie mnie na śmierć!!

Oprzytomnienie zajęło mi chwilę. Było mi zimno, bo mi się kołdra odwinęła od strony ściany, a że byłam ze strachu spocona jak trzeba, to i wiało po nerkach. Ruszyć się nie mogłam, bo mnie ktoś, kurna, znów nie wziął pod uwagę jako element współistniejący na obszarze łóżka.
No i oczywiście efekty dźwiękowe produkował ten sam ktoś.
Skurkowaniec chrapał. Upiornie. Prosto w moje ucho.
Ja przez niego wyląduję kiedyś u czubków, to więcej niż pewne...

Tagi: dom, zęby, sen, koszmar, chrapanie, potwór, wilkołak, nieboszczyk

skomentuj (6)

Wąż mój i zguba 2009-12-12 17:18:51

Wąż mój zestresował mnie wczoraj z samego rana wiadomością, że zgubił portfel, a już najpewniej zostawił na sali prób bo tylko tam go mógł mieć ostatnio. A że w portfelu był i dowód osobisty, i prawo jazdy, i dowód rejestracyjny naszego ElCoche, i karta bankomatowa, i trochę gotówki, i cała masa innych ważnych i potrzebnych karteluszków, żetonów i kartoników - wkurw mój był jawny i zdecydowany.

Oznajmiłam Wężowi, że od co najmniej dwóch lat powtarzam mu, zeby sobie głupek kupił saszetkę i w niej nosił wszystko, skoro nie potrafi portfela upilnować nawet jak go non toper przy dupie nosi i kieszenie nim wypycha. Więc teraz sama mu kupię saszetkę i do tyłka przyspawam, jak będzie trzeba.
Swoją drogą co za pieprzona niesprawiedliwość. My baby możemy nosić torebki i to normalne. A co ma zrobić koleś taki jak mój Wąż, który się wstydzi nosić saszetkę z prawdziwej skóry, bo uważa że wygląda z nią jak własny wujek? A po kieszeniach upycha portfel o wadze do pół kilo, pęk kluczy od chałupy, nokię z klawiaturą qwerty, klucz od ElCoche z bipkiem, dwie garście drobnych (nigdy nie trzyma ich w portfelu) oraz przeważnie garść róznych śmiotków, papiurków i ścinków. W dżinsach są cztery kieszenie, więc aby ustalić, w której z nich ma poszukiwany przedmiot, musi poklepać się po każdej z nich, przez co wygląda jakby tańczył makarenę albo sprawdzał, czy nie ubyło mu aby tkanki.
Ja pierdykam, a sprawę rozwiązałaby jedna rzecz: saszetka. Nie teczka. Nie neseser. Nie torba przez ramię. Saszetka. Nic do niego nie dociera, że saszetka nie musi być obciachem. Stary, nawet wór od ziemniaków noszony z dumą i godnością obrośnie twoim lansem i stanie się obiektem pożądania szerokich mas. Ale nie. Bo nie.
Jak sobie pomyślę, że dla niego się z tymi długimi kudłami pięć lat męczyłam,  okropnie brzydkie wyrazy cisną mi się na usta.
Najlepszy był finał całej tej imprezy. Wąż mój tego dnia wszedł do pracy dosłownie na moment, wziął urlop i wrócił do mieszkania. Po kilku godzinach w pracy odebrałąm od niego telefon. "Dzibkuuu, a wiesz co? Znalazł się portfel, ale jak powiem gdzie, to się uśmiejesz" - zaczął, a mnie się natychmiast właczyła czerwona lampka w głowie. "Pamiętasz, jak nas wczoraj po południu przed próbą napadło? Tak? A pamiętasz, gdzie wylądowały moje spodnie? No właśnie, więc portfel z nich wypadł i leżał pod tapczanem".

No jasne, jak zwykle wszystko moja wina. Po cholerę byłam taka kusząca :/

Tagi: zguba, portfel, dokumenty, szybki seks

skomentuj (3)

Księga Gości

statystyka