|
|
Kontra do: http://za-co-ona-sie-obrazila.blog.pl/2012/03/29/cura-te-ipsum/
Skądś znam takie schematy.
Wszystko należy „załatwiać” w zaciszu domowym, okazywanie negatywnych emocji „przy ludziach” to wstyd dla obojga partnerów. Jak masz coś do powiedzenia mówisz to partnerowi i tylko jemu, a nie koleżance czy matce. A już broń Boże w środku imprezy czy podczas wizyty u rodziny. Jak ci się coś nie podoba, musisz zacisnąć zęby i zaczekać, aż będziecie sami i on będzie gotów wysłuchać, co masz do powiedzenia.
Albo i nie będzie gotów.
Wtedy dostaniesz w ryj i ciesz się, jeśli tylko raz.
Taka retoryka kojarzy mi się niestety, ale z damskim bokserem.
Wąż mój mnie NIE bije, zaznaczam. Nawet jeśli czasem ma ochotę mi przylutować, z właściwą sobie „siłom i godnościom osobistom” zachowuje tę informację dla siebie.
Zresztą, bądźmy szczerzy – gdyby mój mężczyzna podniósł na mnie rękę, natychmiast przestałby być w moich oczach mężczyzną. A jeszcze szybciej przestałby być mój.
Tyle tytułem dygresji.
A teraz przeanalizujmy krok po kroku, co ma zrobić kobiecina, którą jej osobisty chłopiec wkurwił swoim chamskim/bezmyślnym/złośliwym zachowaniem w miejscu publicznym?
Wariant A:
On: (Wkurwia)
Ona: (Zaciska zęby i czeka, aż zostaną sami. Dziwnym trafem dzieje się to po upływie trzech dni. Po czym głosem jak brzytwa zawiadamia go, że zachował się podle i niegodnie i że ona w związku z tym oczekuje przeprosin oraz żeby się to więcej nie powtórzyło.)
On: Co ci odbiło!? Nie mogłaś od razu powiedzieć? Dopiero ci się przypomniało? Teraz mi będziesz to wyciągać, bo coś ci nie zagrało? Koniecznie musisz mi zepsuć wieczór?
Itd., itp., jego foch i siedem cichych dni.
Spytacie, jak to się może stać, że małżonkowie zostają sam na sam raz na trzy dni. A w zasadzie to na cztery.
Ano tak na przykład, że w piątek on kończy pracę o 16, leci do mieszkania wziąć prysznic i się przebrać, pakuje parę ciuchów i wrzuca je do bagażnika, po czym leci po zakupy. Pół godziny później kończy pracę ona, wpada do mieszkania, bierze prysznic, przebiera się, w połowie suszenia włosów on już trąbi pod blokiem, wsiadają do samochodu i jadą na umówione wcześniej spotkanie ze znajomymi.
No i załóżmy ze na tym właśnie spotkaniu on coś tam powiedział.
Wracają po 21, jadąc od razu 80 km do domu teściów – więc ona nie zaczyna tematu, żeby nie przeszkadzać mu w prowadzeniu auta. To nie jest dobry moment żeby go denerwować.
Dojeżdżają na miejsce o 22:30, gdzie zostają ułożeni do snu na rozkładanej sofie w stołowym – za cienką przesuwaną ścianką śpi siostra, obok za ścianą brat, teściowie piętro wyżej, zero prywatności i ciągła obserwacja. Poza tym jest późno. To nie jest dobry moment żeby go denerwować.
Potem cała sobota i niedziela u teściów – permanentna inwigilacja, proszę ja Was, broń Boże podnieść głos bo zaraz się zlatuje całe stado z pytaniem, co się dzieje i żądaniem natychmiastowego pogodzenia się. To nie jest dobry moment żeby go denerwować.
Powrót w niedzielę wieczorem – wyjazd najlepiej około 20, po wyrwaniu się ze szponów teścia, który za każdym razem domaga się, żeby zanocowali jeszcze z niedzieli na poniedziałek, bo teraz to już za późno żeby tak daleko jechać. Można przecież wstać w poniedziałek o 4 rano, co za różnica.
On jest zmęczony, znowu musi jechać 80 km. W samochodzie nie można „robić afery”, żeby nie rozpraszać. Na miejsce dojeżdżają koło 22, on jest zmęczony, rano trzeba wstać do pracy. To nie jest dobry moment żeby go denerwować.
Następnego dnia oboje zrywają się o świcie i biegną do pracy. Ona zostaje po godzinach, on idzie w teren ze zleceniem albo na mecz. Potem jeszcze na próbę chóru albo na zebranie klubu operatorów wózków widłowych, a co.
No zostają sami – ale tak naprawdę sami, w pustym mieszkaniu, o godzinie 21:30 w poniedziałek.
Po trzech i pół doby.
Powodzenia mała.
Wariant B:
On: (Wkurwia)
Ona: (Nic nie mówi, żeby nie psuć atmosfery. Potem jakoś traci rozpęd. Szkoda takiego pięknego związku. On jest przecież ogólnie dobrym człowiekiem. Nie pije, nie bije, nie zdradza. Taki skarb trzeba szanować. Nie czepiajmy się szczegółów.)
On: (Trwa w błogiej nieświadomości i uważa się za ideał małżonka. Skoro ona nic nie mówi, to znaczy że wszystko jest super. I za każdym razem robi to samo, bo np. uważa to za dobry towarzyski żarcik. Ot, taka mała tradycja w wąskim kółku znajomych.)
Ona: (Po pięciu latach małżeństwa wybucha „MAM DOSYĆ TEGO CIĄGŁEGO CHOWANIA MOJEJ ŁYŻECZKI DO CUKRU TY PIERDOLONY ZŁAMASIE, SŁYSZYSZ?!? DOSYĆ!!!” (czy coś równie drobnego i na pozór nieważnego), MASZ BEZNADZIEJNY TEN TWÓJ TATUAŻ I SIORBIESZ ZUPĘ, WYPIERDALAJ Z MOJEGO ŻYCIA!!!”, po czym on zostaje z oczyma jak talerze a ona zgarnia dziecko, psa, kota, dwie walizki i akwarium i z całym majdanem wyprowadza się do matki.)
Wariant C:
On: (Wkurwia)
Ona: (Doraźnie spokojnym głosem stwierdza, ze takie zachowania są dla niej irytujące i że mógłby z łaski swojej zaprzestać)
Grono znajomych/ rodzina: (Zaczynają starą jak sama odnośna instytucja śpiewkę „a weź daj spokój dzieciakowi” – znacie to, jak przychodzi ciocia dajmy na to Zosia i „broni” siostrzeńca przed nakazami/zakazami matki lub ojca? No weź daj spokój dzieciakowi, niech sobie powrzeszczy i porzuca błotem, niech się nażre tortu aż do porzygu, co się czepiasz, przecież to tylko dziecko… Osobiście wszystkie takie ciocie zajebałabym łyżeczką).
On: (Standardowo, jak każdy gówniarz, skoro znajomi/ rodzina JĄ zakrzyczeli, znaczy można dalej robić swoje i się nie przejmować – w kupie siła).
Ona: (Jeśli jest choleryczką, w tym momencie wychodzi, pierdolnąwszy drzwiami. Ale tak żeby aż tynk poodpadał. Egzemplarz melancholiczny natomiast zaczyna coraz mniej lubić zarówno swojego faceta, jak i znajomych/ rodzinę. Po jakimś czasie zaczyna rozważać przeprowadzkę do innego miasta. Sama.).
Wiem, uogólniam. No i co z tego.
Wąż mój też raczył uogólnić.
Naburmuszona baba to chała i obciach. No dobra, co ma baba zrobić w takim razie? Pozwolić się lać po ryju czy tylko kłuć szpilką? Uśmiechać się przy tym cały czas czy tylko zachowywać kamienny spokój? Popłakać w łazience czy musi w tym celu wyjść do lasu?
Czy może od razu, bez zbędnej zwłoki wywalić mu focha, żeby poczuł na własnej skórze to samo, co jej właśnie zafundował?
No bo z jakiej paki, pytam się ja Was, tylko jedna strona ma się dobrze bawić a druga ma być przedmiotem tej zabawy? Wyszła baba z debilem na miasto to niech się teraz męczy i jeszcze wszystkie ząbki pokazuje, bo przecież sama chciała…
Fakt, foch „BO TAK” jest przykrym zjawiskiem. Oraz niepotrzebnym. Trzeba się komunikować. Jak piszesz chłopu na kartce że ma kupić ser, to pisz „ser” i doprecyzuj: „serek do smarowania ze szczypiorkiem firmy XYZ w tym płaskim pudełku, a jakby nie było to z pieprzem, a jakby nie było to nie kupuj”. I on z reguły wie jaki to serek, bo nie pierwszy raz, zakładam, ten serek kupuje.
Niestety są egzemplarze do których po prostu nie dociera. Nie słuchają. Mają w dupie. Są tacy, do których komunikat „przestań mnie kopać w kostkę emocjonalnie” zwyczajnie nie trafia. Takiego trzeba kopnąć w krocze i poprawić w twarz. Emocjonalnie.
I to jest właśnie publiczny foch.
Następnego ranka po śniadaniu zapadła decyzja, że „dziewczyny jadą po zakupy” (do sąsiedniej miejscowości, gdzie mają ryneczek i więcej niż jeden sklep) a „panowie idą do roboty”. Czyli Senior i Junior do zwierząt a Jaśnie Wąż do drewna.
Junior w ostatniej chwili się zawinął i pojechał z nami.
Zanim obeszliśmy wszystko, co było do obejścia (Starsza Siostra upierała się, że tak piękną pogodę należy wykorzystać na spacerowanie, dzięki czemu godzinne zakupy zajęły nam trzy godziny), zrobiło się prawie południe.
Po powrocie postanowiłam się zameldować. Podeszłam do bramy, oddzielającej dwie części podwórza i pomachałam.
Wąż postanowił wdrożyć mnie do pracy bez zbędnej zwłoki. Czyli natychmiast. Nie zważając na nic. Delikatnie zwróciłam mu uwagę na fakt, że chwilowo nie jestem odpowiednio ubrana. A ten nic – chodź i chodź, nic ci nie będzie.
Popatrzyłam na swój urzędniczy płaszczyk i na świeże drewno. Potem na kurze kupy i na swoje pantofle. I zawróciłam do domu.
Wąż strzelił focha.
- Teraz to już nie musisz – warknął gdy zjawiłam się u jego boku dwie minuty później.
- Buty musiałam zmienić… Chociaż buty do cholery. Szybko pokaż bo Mama coś chce ode mnie.
Wąż przejechał dwa razy strugiem po pniu i podał mi narzędzie. Wzięłam, ostrugałam szybko z wierzchu do jednej trzeciej długości i chciałam odwrócić spodem do góry.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że mężczyzna stoi bezczynnie z uśmiechem na ustach, opierając się o strugany przeze mnie pień.
- Świetnie. Zawołałeś zmiennika i teraz sobie znowu postoisz? ZŁAŹ MI Z TEGO DO CHOLERY!
Zlazł z pnia, zabrałam się dalej do roboty. On tymczasem oparł się o prowizoryczny stół, który robił za kozioł z drugiej strony.
Pień spadł ze stołu jednym końcem. Od mojej strony odskoczył ,boleśnie uderzając mnie w łokieć i brudząc ubranie żywicą.
- Zaraz, co ja robię? – ogarnęłam się pod wpływem wstrząsu – Nie dajesz mi się przebrać, wołasz tylko na minutę żeby mi coś pokazać, po czym ja zapierdalam jak osioł a ty sobie stoisz oparty wygodnie i lampisz? To są jakieś jaja… zaraz, ty mi chyba nie powiesz, że od wczoraj zrobiłeś tylko tyle?? – prawie wyleciałam w powietrze, ujrzawszy pięć (słownie: PIĘĆ) oskrobanych pni. – Przecież w tym tempie to nie będzie skończone do Bożego Narodzenia! Co ty tu robisz od rana, opierasz się o stodołę??
Obraził się i zabrał mi strug. Wzięłam toporek, zabrał mi toporek. Wzięłam drugi, mniejszy. Ruszył do mnie, żeby i ten mi zabrać, to zaczęłam spierdalać.
Tak się zaczął śmiać że o mało się nie przewrócił – bo ja mam toporek i uciekam, a on nie ma toporka i mnie goni. No cóż, koleś jest ode mnie dobre dwa razy większy. Jeśli chciałam zatrzymać toporek, miałam dwa wyjścia: albo uciekać, albo trzasnąć go obuszkiem w łeb. To drugie niestety nielegalne. Podobno teraz obowiązują sterylne warunki uboju…
Wkurwiona niemiłosiernie ruszyłam do domu przebrać się w jakieś bardziej robocze ciuchy.
Po czym zostałam zawezwana przez Teściową do robienia obiadu, chłopaki się zajmą drewnem, to nie jest robota dla kobiety, sratatata… W moje miejsce został wysłany Junior, po drodze zostałam jeszcze zaszczycona pełnym wdzięczności spojrzeniem z cyklu „patrz babo wszystko przez ciebie po, co ryj otwierałaś”.
Zrobiłam swoją działkę (mięso i sałata), po czym przebrałam się i ruszyłam w podwórze.
Panowie pracowali, aż się kurzyło: starszy stał oparty o motykę, młodszy siedział na pniu. Gadali. Podeszłam i po wstępnym wyszydzeniu strongmanów zażądałam narzędzi. Oczywiście ich nie dostałam – przecież były potrzebne obu panom do pracy.
Na swoją uwagę, że do stania i plotkowania jak kobiety nie potrzebują toporka, nie otrzymałam odpowiedzi. Nie udostępniono mi również kozła. Z ostrych rzeczy został mi tylko język i porzucona przez Węża niezwłocznie opodal stara motyka która, po odpowiednim jej potraktowaniu osełką, robiła za coś w rodzaju struga i siekiery w jednym.
Zabrałam się za jedyny leżący luzem pień. Ktoś go już wcześniej napoczął, więc dokończyłam i spróbowałam ściągnąć ze stosu następny. Panowie zainteresowali na tyle, że raczyli wyśmiać moje poczynania. Ja szarpałam się z ciężkim pniem, a oni wręcz wyli ze śmiechu. Żaden nie ruszył palcem żeby mi pomóc. Podobno przedstawiałam sobą cudownie zabawny widok – coś jak mysz usiłująca uciągnąć ładunek przeznaczony dla wołu roboczego.
Panowie najwyraźniej postanowili przy okazji udowodnić, że to oni są tymi wołami. Dla których przeznaczony był ładunek. Wielcy, ciężcy, mało lotni.
Wół roboczy to nie jest przypadkiem wykastrowany byk?
Niestety, długie i ciężkie stylisko nie przyspiesza pracy. Można się więc było pośmiać z tego, z jakim wysiłkiem operuję wokół leżącego niewygodnie na ziemi pnia. Można było wykpić to, że ciężko się go przewraca i ogólnie cieszyć się z życia patrząc, jak kobieta zasuwa. Dosięgło ich dopiero wtedy, gdy stwierdziłam że jak na razie ta mysz robi więcej niż oni dwaj razem wzięci. Chyba ich ambicja ruszyła – ta źle pojmowana ambicja, która każe wziąć się do roboty dopiero wtedy, gdy zagrozi konkurencja jakiejś baby.
Przy obiedzie kontynuowano docinki. Ślubny ograniczał się jedynie do wypowiadanych odpowiednim tonem „pochwał” sugerujących, że doskonale spełniam się po dachem i w zasadzie to moja obecność na świeżym powietrzu nie jest jakoś specjalnie niezbędna. Nie byłoby się w zasadzie do czego przyczepić – po tym, co mi zafundowali na zewnątrz, tego typu uwagi były tak subtelne, ze aż niewyczuwalne. Jednakowoż Junior poczuł się mężczyzną i postanowił dodać coś od siebie. Mianowicie, że skoro oni się nie wtrącali do mojego gotowania, to może ja bym się nie wtrącała do ich pracy. Bo on mi do kuchni nie przychodził i nie dyktował tempa.
Zagotowałam się.
Ty złamasie. Ale przyjść i się nażreć pierwszy przyleciał. Do zmywania garów jakoś nie widzę, żeby się któryś rwał specjalnie.
A ja przy drewnie zapierdalałam równo, o ile dobrze pamiętam. Czyżbym przypadkiem robiła za dwóch?
Nic nie powiedziałam, tylko mi się czerwono zrobiło przed oczami. A w tle jeszcze słyszałam rżenie tego pajaca, mojego męża.
Zjadłam, wstałam od stołu i ruszyłam z powrotem. Zdążyłam oskrobać – motyką - pół pnia, zanim pofatygowali się również panowie. Oczywiście znowu się zaczęło dowalanie zza stosu drewna. Starałam się nie zwracać uwagi – z tego typu zagrywkami miałam w końcu wiele do czynienia od początku do końca podstawówki, mam więc niezbędne doświadczenie.
W pewnym momencie na podwórzu pojawili się również Teściowie. Na żartobliwą uwagę Mamy Węża, że ktoś tu chyba pracuje na akord odparłam spokojnie, że robię w swoim tempie i nie moja wina, że oni we dwóch nie nadążają.
Trafiony zatopiony. Robota ruszyła z kopyta i bardzo sprawnie – jeden pracował strugiem, drugi za nim jechał toporkiem po sękach. We dwóch obrabiali jeden pień. I cały czas zerkali, czy aby na pewno ich nie przeganiam.
Nie żeby się przy okazji zamknęli, co to to nie. Odczekali tylko, aż ich rodzicielka zniknie w oborze. Jak dziesięcioletni gówniarze na szkolnej przerwie. Nauczyciel za róg – i dawaj dalej. Robiłam swoje dopóki nie poczułam, że mi się motyka dziwnie w ręku ślizga.
Okazało się, ze mam dziurę po wewnętrznej stronie kciuka. Z dziury rzecz jasna się lało.
Poszłam do domu, zalałam dziurę kranówką żeby wypłukać piasek, poprawiłam jakimś spirytem, usunęłam żywicę, nakleiłam plaster i wróciłam do roboty.
Nie na długo. Ślubny zauważył wreszcie, że swoim idiotycznym i chamskim zachowaniem nie zdołają mnie zniechęcić, więc po prostu podszedł i zabrał mi motykę.
Bez zbędnej dyskusji wróciłam do domu i do końca dnia nie robiłam nic.
Nie wyszłam na zewnątrz również w następnym tygodniu. Nie chciałam zbierać jaj niesionych po cichaczu przez kury w stodole, planować co będzie siane i sadzone w ogródku, szukać miejsca na studnię czy poić z wiaderka dwutygodniowych cielątek.
Za to ugotowałam obiad.
- Nie zamierzam kopać się z koniem – wyjaśniłam, gdy po tygodniu wróciliśmy do tematu. – Skoro tak cię bawi to, że zamiast siedzieć i pachnieć chcę pracować na równi ze wszystkimi i starasz się z całej siły, żeby mi tę pracę uniemożliwić albo chociaż utrudnić to zakładam, że wiesz co robisz. Chcesz mieć w domu królewnę, która nie kiwnie palcem – będziesz ją miał. Więc ty będziesz zapierdalał, a ja sobie posiedzę w kuchni. W końcu tam jest moje miejsce.
I niech mi ktoś spróbuje zwrócić uwagę.
Doszłam do wniosku, że należy całe przedsięwzięcie uczynić bardziej czytelnym. Od dziś w przypadkach, gdy będę odnosiła się do wcześniejszych notek Węża mojego, umieszczę w czołówce stosowny link. Tak tylko, żeby się nie trzeba było za długo zastanawiać o co chodzi i skąd się to wzięło. Przy okazji będzie można sobie odświeżyć, co do powiedzenia w danym temacie miał Szanowny. O tak, o:
http://za-co-ona-sie-obrazila.blog.pl/2012/03/18/kobiety-na-traktory/
Tyle tytułem wstępu, pozwolę sobie przejść do meritum:
NIE CIERPIĘ SZOWINISTÓW.
Przy czym należy zdecydowanie odróżnić szowinizm od zasłużonej i czasem nawet konstruktywnej krytyki.
Nie twierdzę, że kobiety są lepsze od mężczyzn w czymkolwiek. Nie są ani silniejsze, ani mądrzejsze. O urodzie się nie wypowiadam, bo to kwestia gustu podobno. Co jednocześnie oznacza, że – tu uwaga – mężczyźni nie są ani silniejsi, ani mądrzejsi od kobiet.
Szowinista to według mojej definicji facet, który uważa babę za twór nieudany tylko z racji faktu, że to baba. No, wiecie – taki koleś, co to przy kolegach się natrząsa z parkującej baby, a jak sam jebnie w słupek to wina słupka, bo mu się pod koła rzucił. Taki, co to pierdoli, że mu się baba wiecznie z obiadem spóźnia, a sam nie umie obrać marchewki i nie wie, gdzie sól stoi. Taki majster-klepka, co naprawia drukarkę bez wyłączenia jej z prądu. Taki, co uważa że miejsce baby jest w domu przy garach, a auto trzyma rozbabrane 3 miechy w garażu, bo sam nie zarobi na fachowca. Taki, co na uwagi o niezgodnościach w kosztorysie twierdzi z rozbrajającym uśmiechem, że „przecież to roboty budowlane, co kobieta może o tym wiedzieć…” (bo przecież powszechnie wiadomo, że baby są niepiśmienne).
O zgrozo, są jeszcze tacy. Całe masy takich są wręcz.
I szlag mnie trafia, gdy widzę podobne objawy u mojego ślubnego – bo w szybkim tempie wychodzi na jaw, że chyba wydałam się za jednego z TYCH kolesi. A nie taki był cel.
Teściu zamówił drewno opałowe.
Nie wiadomo po co właściwie, bo po różnych szopach, budach i garażach ma poupychane opału na co najmniej dziesięć lat. Więc forsę można byłoby wydać na przykład na wymianę starych, nieszczelnych okien. Żeby opału mniej zużywać. Ale kto by tam baby słuchał, stare okna „jeszcze dobre” (= jeszcze się nie rozpadły), zakupiono więc opał. Podobno super proste pnie, na cztery metry, bez sęków. Idealne zatem do budowy domu.
Jakiego domu, ja się pytam – ani pozwolenia na budowę nie ma, ani kredytu, ani zdolności kredytowej. Ale kto by tam baby słuchał, resztę „się załatwi” a drewno już jest i trzeba je okorować. Teraz. Bo zgnije.
Przyjechałam, zobaczyłam. A jakże, przyczepa drewna. Stos na ziemi po moje ramię. Igła. Świerk znaczy się. Kto widział świerk? To są te takie co im gałęzie odchodzą promieniście od pnia w półmetrowych odstępach.
Tyle w temacie, jeśli chodzi o sęki.
Przy okazji ustało mi się ustalić – drogą długiego i żmudnego powtarzania tego samego pytania – do czego na budowie może być wykorzystane sękate, żywiczne drewno świerkowe. Na szalunki.
Aha.
Chwała Bogu, nikomu z trzech panów Wiem-Wszystko-Lepiej-Siedź-Babo-Cicho nie przyszło do głowy robienie „taniem kosztem” więźby dachowej. A znam ich nie od dziś i wiem, że mogła paść i taka propozycja, gdyby pnie były nieco dłuższe i grubsze.
Wyjechaliśmy w piątek bezpośrednio po pracy. Wpadłam z językiem na brodzie i od razu miałam się zbierać. Wężowi bardzo się spieszyło – był już spakowany (!). Denerwował się, że ja tak długo się pakuję (całe 10 minut). Ja na to, że przecież można wstać w sobotę wcześniej strugać to drewno – ale to nie o to chodziło.
Na siedemnastą był umówiony z chłopakami na miejscu na orliku na mecz… To było takie pilne.
Po dotarciu na miejsce, gdy okazało się, że mecz jest odwołany, cały pośpiech jakoś tak zniknął. Można było spokojnie sobie usiąść… Zjeść obiad… Potem znowu sobie usiąść… Potem posiedzieć przed kompem, najlepiej jeszcze zaczekać aż się zrobi ciemno… Żeby przypadkiem nie zacząć robić tego, po co przyjechaliśmy – bo głównym powodem przyjazdu była ciężka praca.
Ja może od razu pokrótce wyjaśnię, dlaczego mnie wpienia takie postępowanie.
Słyszę, że w tym tygodniu MUSIMY jechać do Rodziców – bo MUSIMY wykonać pracę, która przecież jest niezbędna do budowy naszego domu, Tata kupił drewno, zapłacił za nie, ale sam ostrugać nie da rady.
Więc w piątek zaraz po pracy biegiem pakuję kilka rzeczy, głodna wsiadam do auta, nie jem nic po drodze żeby moje kochanie zdążyło na mecz. Zostawiam mieszkanie, w którym mam wszystkie swoje rzeczy „do zrobienia” – mycie okien, czyszczenie chodników, pranie i prasowanie firan. Po czym przez dwa dni pętam się bezproduktywnie i bez celu, nie robię nic z tego, na czym mi zależy i co powinnam zrobić, bo moja Teściowa niestety, ale za punkt honoru uważa zapewnianie mi rozrywek. Polega to na tym, że idzie się za mną gdziekolwiek jestem i na przykład się ze mną rozmawia. Bo skoro wzięłam książkę, zapewne się nudzę i trzeba się mną zająć. Albo się woła którąś z córek (odrywając ją od aktualnego zajęcia) i każe się jej dotrzymywać mi towarzystwa. Albo znajduje mi się rozrywkę pod postacią mieszania ciasta/ robienia kolacji/ obiadu/ oglądania małych cielaków. Bo przecież zajęłam się czymś w kącie. Znaczy nie mam co robić. Logiczne, prawda?
A niechbym spróbowała sama zacząć robotę przy drewnie. Halo by było jak stąd do Częstochowy. Pomijając już zagadnienie znalezienia potrzebnych narzędzi w Teściowej graciarni.
Tak więc po pierwsze primo: nie robię nic, co zaplanowałam do zrobienia w mieszkaniu i po drugie primo: nie robię nic, co zaplanowałam do zrobienia w domu Teściów.
Krótko mówiąc, cały weekend w dupę.
Podczas którego Wąż mój gra sobie w piłkę, siedzi przy kompie, spożywa dary Boże i pytluje z Ojcem i rodzeństwem. A ja się wkurwiam, bo mi żyć nie dają.
I w następny weekend będzie: MUSIMY jechać do Rodziców – bo MUSIMY wykonać pracę, która przecież jest NIEZBĘDNA do budowy NASZEGO domu, Tata kupił drewno, zapłacił za nie, ale sam ostrugać nie da rady (…).
Dlatego właśnie Wąż mój dostał tamtego wieczora werbalnego kopa w tyłek – uznałam za stosowne opieprzyć go w obecności Rodziców.
Najpierw przebierał się pół godziny, po czym poszedł i oskrobał jeden pień. Miział go i wygładzał chyba z godzinę, po czym zrobiło się ciemno i trzeba było wracać do domu.
C.d.n.
Tja…
Naprawianie pralki to czynność tak emocjonująca, że sama muszę sobie dozować.
Szaleństwo.
Odłożyłam mały, zardzewiały śrubokręt oblepiony jakimś kitem na szafkę i zlokalizowałam ścierę do podłogi.
Chwyciłam szary, gumowy wichajster – to jest ten moment, w którym powinno trochę pokapać – i przekręciłam.
Po sekundzie siedziałam przerażona i wściekła w centrum kałuży, ściskając błyskawicznie zakręcony z powrotem korek. Co za cholera, ile tam się tego mieści, dwa litry?? Przecież to małe jest, najwyżej pół szklanki powinno wylecieć!
Wytarłam kałużę, na wszelki wypadek podłożyłam szmatę i poluzowałam jeszcze raz.
Chlusnęło jak jebut twoju mać.
Znowu zakręciłam, wytarłam. Poluzowałam.
Powtórka.
Aż w końcu przyszło mi do tej mądrej główki, że może tam jeszcze woda w środku jest. Otworzyłam pralkę i szlag mnie trafił.
A pewnie. Po praniu „na pusto” komuś się chyba o czymś zapomniało, mam wrażenie. Mianowicie, ze pralka pobiera w tym celu wodę, a nie gazy medyczne!!!
Kolejnych piętnaście minut spędziłam na wiosłowaniu kubkiem, a na koniec – wybieraniu gąbką reszty, jak się zrobiło za płytko. W tym czasie spodnie na kolanach nawet trochę mi przeschły.
Niestety nie na długo – pomiędzy obracającą się częścią bębna a jego częścią zewnętrzną jest pusta przestrzeń, ju noł. Pewnie po to, żeby nie szorowało. I ta woda wciąż tam była. A ja nie mogłam jej wyjąć. Bo była POD bębnem, czaicie.
Wichajster jest tak nisko nad podłogą, ze nie da się pod niego nic podstawić, żeby woda tam wlatywała. Kompletnie, nawet szklanki czy talerza.
Wzięłam szmatę, wiaderko i głęboki oddech po czym, przygotowana na mega chujnię, delikatnie odkręciłam korek.
Godzinę później nadawałam się tylko do rzeźni. W wiaderku znajdowało się jakieś pięć litrów wody, które zebrałam szmatą z podłogi, wypuszczając po kawałku. Na kolanach. W ciasnym przejściu obok odsuniętej od ściany, ciężkiej jak nieszczęście pralki.
W końcu przyszła jakże piękna chwila, gdy woda przestała buchać, a zaczęła ciurkać i mogłam sprawdzić, jakież to bogactwa kryją się wśród całych trzech łopatek wirniczka.
Otworzyłam i wypadło, co następuje:
- cztery monety dziesięciogroszowe,
- jedna moneta pięciogroszowa,
- jedna moneta dwugroszowa,
- dwa groszaki.
Cud że to działało aż tyle czasu. Gościowi z Internetów pralka stanęła, bo w środku był jeden grosz.
Osz ty gadzie, pomyślałam mściwie, wygarniając ten majątek – to tak sprawdzasz kieszenie przed praniem, a tyle razy powtarzałam…
Po czym wyjęłam czarną wsuwkę do włosów, sztuk jeden.
Nówka prawie nie śmigana, z tych co mi ostatnio zginęły.
Momentalnie straciłam na rozpędzie w swoich zamiarach wstawienia paru bladzi przez telefon. Sama jak widać lepsza nie jestem.
Umyłam wirniczek, wstawiłam, zamknęłam, pomęczyłam się jeszcze kwadransik wciskając i dokręcając, co trzeba, wrzuciłam na próbę dwa ręczniki, włączyłam pranie krótkie, sprawdziłam czy nie kapie – trochę kapało, podłożyłam szmatę i padłam.
Czterdzieści piec minut później pralka zaczęła wypompowywać wodę. Grejt sakces.
„Z pralką już ok. Jak wrócisz dociśnij szlauch pod zlewem bo kapie” – wysłałam esemesa i zabrałam się za rozwieszanie ręczników. Odpowiedź przyszła błyskawicznie, zważywszy na natłok zajęć: „Jak to zrobiłaś?”
Bitch, I’m faboulous – tyle w temacie, mój drogi – przeleciała mi przez głowę odruchowa odpowiedź.
„Rączkami” – odpisałam.
I kolankami, pomyślałam sobie jeszcze. I kręgosłupkiem. I główką, która raz przyrżnęłam w szafkę podczas wstawania. Też mi się zachciało bohaterkę zgrywać. Chłop od czego?!
Kusiło mnie przez chwilę, żeby spinkę zataić. Szybko jednak odrzuciłam ten pomysł, jestem dorosłą kobietą i mam swoją godność. Co się będę kryła jak mały chłopiec.
Wąż mój po powrocie spinkę pominął – bardziej interesowało go, gdzie znalazłam filtr.
„W pralce” – odpowiadam wrednie i do tej pory – czyli od tygodnia – nie zaspokoiłam jego ciekawości.
Jak na razie w nagrodę dostałam zakwasy. Trzymają solidnie. Dobry sprzęt…
Minęła sobota. W niedzielny poranek Wąż mój wyprysnął – rzecz jasna – z mieszkania przy pierwszej okazji, nie pamiętam dokąd i po co – a to kolejny temat, do którego miałam się odnieść… Ale to na potem.
Ja natomiast postanowiłam sobie ulżyć pisząc notkę o jakże skutecznych poczynaniach mojego pana. Nerw mnie nadal szarpał, bo co to ma być w końcu. Zasiadłam przed klaptopem, napisałam o tym, z jakim to starym modelem pralki muszę się męczyć – po czym przyszło mi do głowy sprawdzić rzeczywisty rocznik produkcji, bo nie lubię być gołosłowna i jeśli twierdzę, że moja pralka jest pełnoletnia – warto byłoby się zmieścić chociaż w promieniu pięciu lat.
Wklepałam w gugla i znalazłam wtrymiga. Okazało się że prawie zgadłam, ale moją uwagę zaprzątnęło co innego: ilość osób, które przechodziły i nadal przechodzą to, co ja. Setki facetów, którzy poszukiwali tych samych informacji, co ja – oraz kilkunastu, którzy byli w stanie tych informacji udzielić. Przy okazji znalazłam (w ciągu pięciu minut) rozwiązanie problemu. Po czym wsiąkłam w tę lekturę na dobrą godzinę.
Wychowałam się w rodzinie, w której obowiązywał tzw. model tradycyjny, tzn. mężczyźni na czołgi, kobiety do garów. Mój Ojciec to murarz, tynkarz, akrobata, na elektryce trochę się zna, lutować potrafi, naprawi rower i kolanko pod zlewem. Brat sam remontował swój pokój, od położenia paneli poprzez szpachlę i malowanie aż po zamocowanie żyrandola i nowych gniazdek elektrycznych. Chłopak ma dziewiętnaście lat… Wszyscy możliwi wujkowie to budowlańcy, majsterkowicze i kombinerki na nogach.
Teść też nie idiota i dużo umie. Murować nie muruje, ale silnik naprawi i żelastwo zespawa.
A ten nie wiem, w kogo się wdał. Śrubki nie umie wkręcić. I jeszcze uważa przy tym, ze jest najmądrzejszy.
Otóż okazuje się, że w Internetach jest takich więcej. Wyobraziłam sobie te wszystkie nieszczęsne żony, narzeczone, konkubiny i zalała mnie fala prawdziwego, szczerego współczucia. Matek nie liczę, bo one same się o to proszą, wychowując synów w ten sposób. Dziewczyny, dlaczego my to zrobiłyśmy? Co nam padło na mózg? Po co nam to było i za jakie grzechy?
Tymczasem jednak porzucę płonne rozważania i pozwolę sobie, zaciskając z całej siły zęby, zacytować znaleziony przy okazji wpis na pewnym forum, pochodzący z roku 2006. To jest ten, który zbulwersował mnie najbardziej:
„witam! zona już w panice ,już nową pralkę chce kupić może tymczasem ktoś mi podpowie co się mogło wydarzyć. pralka jak w temacie siemens przywieziony z niemiec rok produkcji 1994. problem jest następujący: po włączeniu na program trzeba (…)”
Nosz kurwa mać. JUŻ W PANICE?? Ja pierdolę, kobieta ma w domu dwunastoletnią pralkę, DWUNASTO!! LETNIĄ!! Złom żre prąd jak spawarka, hektolitry wody zużywa i jeszcze do tego nagle się psuje – a burak jej wyskakuje z tekstem że ona JUŻ W PANICE?! A o co zakład, że to jest taki typek, co to pierwszy poleci kupić plazmę na mini ratkę żeby się przed sąsiadami popisać? Ale pralka jeszcze dobra, oho-ho, jeszcze przecież drugie dwanaście lat pociągnie. Ciekawe tylko, czy żona tyle wyrobi. Cud Boski, że w ogóle baran wiedział, na czym problem polega. Czyli, ze zbliżył się do urządzenia przynajmniej raz i to nie przypadkiem, bo akurat kibel jest obok.
Jeszcze lepszy był fachowiec, który odradzał kupno nowej pralki – bo przecież ta stara „to dobry sprzęt”. Zajebiście. Dobry sprzęt, tylko że nie działa. Niech sobie kobieta parę dni popierze ręcznie, dobrze jej to zrobi na cerę jak się trochę wysili.
A życzę jednemu z drugim żeby tak usłyszał w samym środku meczu „uspokój się mężczyzno, telewizor zgasł i nie działa, a ty już w panice. To dobry sprzęt, nie drzyj ryja naprawię ci to przecież! Po co ci nowy, stary przecież jeszcze dobry! Idź zajmij się czymś”.
Prawie się zdążyłam opluć, kiedy przypomniałam sobie o moim odkryciu – jeden z tych geniuszy posiadał ten sam model pralki i ten sam problem – zapchany filtr. Zdaniem zmęczonego kolesia, który o dwudziestej drugiej w 2008 roku instruował drugiego kolesia za pośrednictwem forum, filtra należy poszukiwać z przodu urządzenia. Tam jest taka klapka.
No nic, myślę sobie – skoro ma być klapka, to pewnie jest. Ruszyłam do kuchni i prawie się położyłam przed pralką. Na samym dole po bokach, tuż pod krawędzią wysuniętej do przodu górnej części obudowy, znajdują się dwa cosie wyglądające jak śrubki. Białe.
No jasne, czemu by nie. Estetyka przede wszystkim. Komu w niemieckiej fabryce Siemensa przyszło do głowy szesnaście lat temu, że jakiemuś Wężowi nie będzie się chciało schylić. Z daleka nie widać – znaczy nie ma.
Odłączyłam zasilanie i po kilku próbach odpowiedniego przekręcenia obu prztyczków wnętrze pralki stanęło przede mną otworem. A dalej już znajome widoki: po lewej szary gumowy wichajster, po prawej otwór, przez który prześwitywała część bebechów.
Wśród bebechów błysło mi coś na czerwono. Fajnie, czyli jakiś geniusz był tu już przede mną.
Pogmerałam i wyjęłam śrubokręt.
C.d.n., bo śpiąca już dzisiaj jestem.
Pralka nam się zepsuła.
W sumie nic dziwnego, skoro nabyłam ją jeszcze za czasów panieńskich – jakieś trzy do czterech lat temu – za trzysta złotych w jakimś komisie. Ładowany od góry, poniemiecki Siemens, który już w momencie kupna był zapewne pełnoletni. Niestety tylko na tyle mogłam sobie pozwolić.
Wyciągnęliśmy Wężowe koszulki, wyżymając je na zmianę. Rozwiesiliśmy. Obejrzeliśmy pralkę z każdej strony. Opukaliśmy, ostukaliśmy; ja nawet raz kopnęłam. Nadal nie działała.
Wąż wybrał z wnętrza wodę kubkiem – a właściwie większość wody, o czym mogłam się później przekonać.
Następnie mężczyzna zasiadł przed komputerem celem zdiagnozowania problemu.
Ja natomiast zaproponowałam przejażdżkę do pobliskiego marketu z odnośnym sprzętem, mającą na celu wstępne wybranie odpowiedniego modelu. Spotkałam się z odmową, argumentowaną krótko: na osiemnastą mój pan ma mecz, a na nową pralkę nas nie stać.
Było parę minut po piętnastej. Na koncie miałam pewną ilość złotych, które w pocie czoła odkładałam na samochód (bo TEN zakup jest nam niezbędny, mamy się złożyć po połowie). Do marketu jedzie się dziesięć do piętnastu minut z parkowaniem włącznie. Na znalezienie pralki, która ma program 1/2 wsadu, pranie krótkie, bęben od 4 kg wzwyż oraz klasę energetyczną „A” daję sobie pół godziny. Zapisanie marki, modelu i ceny to jakieś dwie minuty, powrót piętnaście. Razem godzina piętnaście, wliczając w to tempo, w jakim porusza się Niedźwiedź Zmuszony Do Zakupów. Co daje jakąś, hmmmm, żeby nie skłamać – POŁOWĘ tego czasu, który został do rozpoczęcia meczu?!
Nie szkodzi jednak, jest za późno i koniec, mężczyzna będzie naprawiał pralkę we własnym zakresie.
Naprawianie pralki rozpoczęło się od wstawienia prania krótkiego „na pusto” – bo może jak nie będzie obciążona, to uciągnie.
Nie uciągnęła.
Potem należało na wszelki wypadek posiedzieć jeszcze godzinę w necie, żeby zobaczyć, czy inni też mieli takie problemy. Żeby już na pewno nie zdążyć pojechać do cholernego sklepu OBEJRZEĆ pralki. Inni mieli takie problemy. Oraz wiele innych.
Następnie należało odłączyć wąż odprowadzający wodę i sprawdzić, czy jest drożny. Była za nisko i Wąż się nie mieścił. Wlazłam ja.
- Jest drożny – stwierdziłam spokojnie, gdy z odłączonego spod zlewozmywaka końca przewodu polała się brudna woda.
- Skąd wiesz – odparł Wąż mój z pretensją w głosie – muszę to sprawdzić.
Cóż. Woda jakoś dostała się do wnętrza przewodu. Raczej nie magicznym portalem z krainy elfów. Co oznacza, że dostała się z wnętrza pralki. A ponieważ leje się tą stroną, również i tutaj jest drożny odpływ. Darowałam sobie jednak filozoficzny wywód, majster klepka już odłączył przewód z drugiej strony. Następnie podstawił go pod kran, trzymając oba końce w jednej dłoni w taki sposób, że oba wyloty skierowane były do góry.
Chryste.
Wyjęłam mu jeden koniec z dłoni i przytrzymałam. Woda przeleciała. A nie mówiłam.
Wówczas przypomniała mi się podobna akcja z domu rodzinnego, kiedy to nagle odmówił posłuszeństwa niespełna roczny automat rodzimej produkcji. Mama i Babu załamały ręce i… czekały aż wróci Ojciec. Córa natomiast, w myśl zasady „kiedy wszystko inne zawiedzie, przeczytaj instrukcję”, zagłębiła się w stosowny dokument.
„Sygnały alarmowe” – głosił rozdział chyba dziesiąty i ostatni. Jeśli pali się czerwone światełko z napisem „alarm”, oznacza to kłopoty, mówiła instrukcja.
No patrzcie państwo, nie wiedziałam.
Zakręcony dopływ wody, pralka nie może pobrać… nie, to nie to… brak zasilania… też nie to… filtr wymaga oczyszczenia… Na drugiej stronie książeczki rysunek pralki pokazanej z każdej możliwej strony, strzała, filtr znajduje się z przodu pod klapką. Otworzyłam klapkę, odkręciłam gumowy korek, ze środka trochę pociekło, wyjęłam kłębek włosów i dwa złote, włosy wywaliłam do kibla, dwa złote wymyłam i schowałam do kieszeni za fatygę, pralka ruszyła.
Ojciec zacząłby oczywiście rozwiązywanie problemu od poszukiwań winnego i rzucania kurwami. Jak większość znanych mi mężczyzn. Potem rozkręciłby pralkę, zgubiłby w jej wnętrzu śrubokręt, odczekał dwa tygodnie i zadzwonił po fachowca. Fachowiec przyszedłby, zacmokał, pogrzebał w środku, zainkasował dwie stówy i wszyscy byliby zadowoleni.
Oprócz Mamy, bo to ona musiałaby dopinać budżet.
- Może filtr się zapchał – zauważyłam ostrożnie i patrzyłam zafascynowana, jak otyły mężczyzna usiłuje obejrzeć pralkę z tyłu przy samej ziemi, przeciskając się obok zlewozmywaka.
- W tej pralce, którą ma Mama, filtr jest pod klapką z przodu – odezwałam się ponownie – Wiesz, żeby był lepszy dostęp. Prawdopodobnie.
Z przodu nie ma klapki – odezwał się Wąż mój, pochylając się z wysiłkiem.
Fakt, nie było.
Temat został uznany za zamknięty, mężczyzna udał się na mecz, pralka wciąż nie działała.
C.d.n. – czego zresztą sama nie mogę się już doczekać. Ząbki mnie swędzą żeby ugryźć.
Wolne akurat było. Tyle że Wąż mój z racji tego, że się dokształca, weekend spędzał w szkole. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę miało go nie być do późnego popołudnia.
Dnia poprzedniego jechaliśmy do wspólnych znajomych Wężowym dyliżansem. Trzeba było zakupić wino i jakieś przekąski, bo impreza składkowa a goniliśmy oboje prosto zza taśmy. Jako że byłam praktycznie spłukana, wyraziłam zmartwienie faktem, że na koncie mam (tu żałośnie niska kwota) oraz zero gotówki, więc jak kupię to wszystko, zostaniemy bez grosza.
Wąż na to że spokojnie maleńka, bo on ma trzy stówy co to je właśnie dostał za zlecenie.
Małżonka stosownie się uspokoiwszy czeka zatem w jeździdle. Wąż pod sklepem wysiada, dokonuje zakupu, wraca po 10 minutach i razem udają się do wyżej wymienionych znajomych.
Kurtyna zapada, koniec aktu pierwszego.
Przerwa, można lecieć siku albo po chipsy jak się skończyly.
Przysposobione me siostry dnia następnego (sobota) przebywać miały akurat w najbliższej okolicy, a ponieważ wiedziały one, że z racji Wężowej edukacji siedzę w chałupie samopas, postanowiły wyciągnąć mnie na babskie wyjście. Babskie wyjście miało nawiasem mówiąc służyć prezentacji najnowszego nabytku jednej takiej koleżanki, mianowicie narzeczonego.
No więc jest pięknie, siostry po mnie weszły, ubrane już w płaszczyki i miliony szali, czapek i rękawiczek (pizgający mróz za oknem) zamykamy drzwi za sobą, ja w jednej ręce torebka, w drugiej klucze, w trzeciej… hmm o patrzcie państwo, JA NIE MAM TRZECH RĄK – zwyczajowo dzwoni telefon.
Muszebnie Wąż mój – no oczywiście że on ci to – by mi w łaskawości swej oznajmić, że wypuścili ich dzisiaj wcześniej, w związku z czym spotkamy się na miejscu.
Cóż. Co prawda nikt nie prosił, żeby się tam pojawił – właściwie to ja się wybrałam ponieważ jego miało nie być – ale skoro będą tam same znajome osoby, w tym większość rodzina, Wąż mój uznał, że jego obecność jest jak najbardziej na miejscu albo wręcz pożądana.
Jedna z sióstr uniosła do góry lewą brew, druga – prawą.
Znają go jednak nie od dzisiaj, więc nie okazały poza tym większego zaskoczenia. Trzeba się było tego spodziewać w zasadzie. Książę pan ustawia wszystkim dzień.
Na miejscu czekaliśmy na niego piętnaście minut – mimo, że my szłyśmy pieszo, a on jechał. Piętnaście minut liczę odo momentu, gdy pojawiła się spóźniona piętnaście minut koleżanka z narzeczonym… Szkoła, do której uczęszcza jaśnie oświecony, znajduje się odległości, którą w normalnych warunkach pokonuję pieszo w dwadzieścia.
Już samo to mnie wkurwiło niemiłosiernie, bo nie dość, że w ostatniej sekundzie zmienia plany i uważa za oczywiste, że wszyscy się do niego dostosują – to jeszcze się spóźnia.
Koniec aktu drugiego, akt trzeci i ostatni.
Pojedli, popili, pogadali. Pierwotnie zamierzałam zamówić tylko małą porcję makaronu z pikantnym sosem, żeby nie wydać za dużo. Pomna jednak Wężowej deklaracji z poprzedniego wieczora, pozwoliłam sobie dodatkowo na sałatkę i herbatę, co wyniosło mnie jakieś trzy czwarte moich zasobów finansowych.
Potem pojawiła się pani kelnerka by nam oznajmić, że rachunek z jednego stolika może podzielić tylko na dwie części. Zaczęliśmy się właśnie zastanawiać jak to rozwiązać, gdy mój ślubny z zadowoleniem – głośno – oznajmił, że w dniu dzisiejszym on się tym nie musi martwić, ponieważ jemu dziś żona stawia.
Zamurowało mnie.
W ciągu tych paru sekund zanim odzyskałam oddech udało mi się obliczyć, że raczej nie posiadam (na karcie – bo gotówki, jako się rzekło, nie miałam w ogóle) środków wystarczających na uregulowanie za nas oboje.
Przypomniałam sobie również wczorajszą rozmowę, zwizualizowałam drogę z samochodu do baru (trzy bankomaty, czwarty naprzeciwko), nastąpiła szybka analiza szkodliwości czynu – i ogarnął mnie szał bojowy, ślepa furia atakującego nosorożca.
Kurwa, niemożliwe!! Takiego czegoś się nie robi niechcący, na to nie można chyba być do cholery dość głupim?!
My, z Bożej łaski Królowa, wystartowalym zatem y poyechalym. Towarzystwo zamilkło wpatrując się we mnie z osłupieniem, kelnerka takoż. A mnie już było wszystko jedno, skoro już mam przeżyć taką chałę nad chałami, to chociaż niech ja tu rządzę…
Skracając, bo słońce chyli się ku zachodowi – wyraziłam zaskoczenie, że nie ma przy sobie pieniędzy, zadałam pytanie co on sobie właściwie wyobraża przychodząc w ostatniej chwili z goła dupą i zasugerowałam, że może mógłby się łaskawie zameldować z takim czymś ZANIM złożę zamówienie, bo wówczas mam jeszcze kontrolę nad wysokością rachunku. Przy czym to o gołej dupie nie zostało wyrażone w sposób tak dosadny, tylko mi teraz jakoś pasuje do malowanego krajobrazu.
Bez słowa wstał i wyszedł.
Starsza siostra z westchnieniem doświadczonej w bojach matki pięciorga dzieci wyjęła portfel i zapłaciła za całą rodzinkę.pl, umówiłyśmy się, że zrobię jej przelew i sprawa wydawała się zamknięta. Tyle, że po tych paru minutach pojawił się z powrotem mój, pożal się Boże, pan i władca i gestem obrażonego księcia krwi rzucił na stół dziesięć złotych – co do grosza kwotę, jaką zapłacił za swoją porcję makaronu. Wciąż bez słowa.
Myślałam, że tam na miejscu spalę.
Po wyjściu z knajpy zgodnie ruszyliśmy w prawo, na wcześniej umówionego grzańca w piwnicy.
Wąż ruszył w lewo, do auta. Na grzeczne zapytanie sióstr gdzie też się też do diaska wybiera, odwarknął przez ramię, że ma mecz i że przecież uprzedzał. Po czym bez pożegnania raczył nas opuścić.
Skorzystałam zatem z bankomatu po drodze, kierowcy zamówili herbatę, pasażerowie po dwa grzane wina i świat znów stał się piękny.
Tymczasem Wąż mój siedział obrażony w lodowatym aucie (wspominałam o mrozie?) i pisał notkę. Bo mecz miał być dopiero za godzinę i ja o tym doskonale wiedziałam, więc moje stwierdzenie na temat focha nie było gołosłowne.
Double pleasure.
Koniec seansu.
…lecz nie koniec historii, smród się ciągnął jeszcze ze trzy tygodnie jak nic. I kłótnie były kilka razy o to samo, a jakże. Do niego nie dociera, że nie tylko ja w tym związku mam wybiórczą sklerozę. Na porządku dziennym jest upieranie się, że nie powiedziałam czegoś, co powiedziałam, albo odwrotnie. Ogólnie mój ślubny kocha robić ze mnie oszołoma. Może i jestem wredna, ale na pewno nie opóźniona w rozwoju. I tego się trzymajmy, dobra?
Bez bicia się przyznaję, że jakoś mi się nie chce ostatnio. Oklapłam. Pazury mi zmiękły i nie mam już ochoty walczyć. Chcesz? Proszę bardzo, idź/bierz/śpij/sraj/nie chcesz/chcesz/wali mnie to.
Początek przełomu to była wiekopomna akcja z rachunkiem za makaron. Aaaależ się ludziska na mnie rzucili! Jakby się wściekli. I każdy miał coś do powiedzenia, a głównie brzydkie rzeczy o moim charakterze, mentalności i inteligencji – niepotrzebne skreślić. Odechciało mi się po tym Internetów na długie tygodnie.
Bo wiesz, jak przyjdą pod Twój dom z widłami i pochodniami to się przestaje robić wesoło i przyjemnie.
Żebym jeszcze kogoś personalnie obraziła. No wtedy OK., jestem w stanie zrozumieć. Ale takie coś…
Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać furia, jaka budzi się w ludziach, gdy czują się anonimowi.
Komentarze to jeszcze mniejsza, meritum jest tu kwestia ich zatwierdzania. Teraz jest taka fajna możliwość, której wcześniej nie było, że komentarze można selekcjonować ZANIM ukażą się one na stronie, dostępne dla wszystkich czytających. To wspaniała rzecz, bo możemy wyłapać niemal wszystko, czego na swoim blogu mieć nie chcemy: trolle, drobne pasożyty, spam, a także większą ilość gówna.
Gównem nazywam umownie komentarze, które nie wnoszą nic do dyskusji, mając na celu jedynie obrażenie lub zdyskredytowanie kogokolwiek. W tym przypadku mojej jakże skromnej osoby.
Wracając do kwestii zasadniczej: komentarze, które otrzymuję, czytam starannie i w całości. Niektóre (te, które mnie nie chwalą także) zatwierdzam, choć czasem ze skrętem kiszek.
Wąż mój natomiast napawa się ilością wejść, jak mu portal opublikuje notkę natychmiast leci mi się tym pochwalić. No i oczywiście jest zjawisko bicia rekordów w ilości otrzymanych komentarzy. „Jest już sto dwadzieścia dziewięć”. „Dochodzi do stu pięćdziesięciu”. „Chyba przekroczy dwieście”. „Ciekawe czy dociągnę do trzystu”…
Może i dociągnie. Pytanie tylko, jakim kosztem.
Po ostatniej akcji publikacyjnej, kiedy to przesławna notka z rachunkiem znalazła się dwukrotnie z rzędu na poczytnym miejscu, zasiadłam z wieczora do czytania komentarzy. Czytam, czytam i oczom nie wierzę. Mój szanowny – odkąd tylko pojawił się nowy sposób zatwierdzania komentarzy – wielokrotnie zarzekał się, że usuwa obraźliwe teksty. Zostawia tylko te, z którymi jest w stanie się zgodzić lub przynajmniej spróbować zrozumieć.
Doszłam mniej więcej do dwóch trzecich i dalej nie dałam rady. Musiało paść nieuchronne pytanie, od kiedy zgadza się z wyzywaniem mnie na swoim blogu. On na to, że ależ absolutnie, wcale nie, kasuje wszystkie wulgaryzmy, zostawia tylko komentarze z którymi może się pogodzić.
Zatem mężczyzna, który twierdzi, że mnie kocha, pogodził się z nazwaniem mnie:
dziwką
szmatą
suką
idiotką
debilką
świnią
tępą babą
(w kolejności według siły rażenia).
Przy czym do końca upierał się, że czytał WSZYSTKIE komentarze. W myśl zasady „złap mnie za rękę, to powiem, że to nie moja ręka”.
Wiem, dowiem się zaraz, ze jestem przewrażliwiona, że to tylko komentarze, to tylko blog, przecież nie powinnam się przejmować nieprzemyślanymi tekstami ludzi o niskim ilorazie, a już na pewno karać mojego męża za to, że takie komentarze się pojawiają, sratatata, otóż nie – nie o to chodzi.
Nie chodzi mi o tysiące osób, które komentują wyłącznie czytaną treść, bo co oni mogą wiedzieć, skoro widzą tylko blog i nic więcej. Chodzi mi o stosunek mojego męża do skierowanej w moją stronę agresji.
Wstyd się przyznać, ale poryczałam się. Może powinnam raczej trzasnąć drzwiami. On by tak zrobił.
- Na ulicy jakby ktoś podszedł i opluł, też byś nie zareagował?? – skamlałam smarkając w chusteczkę – A jakby uderzył? Ot tak, po prostu, bo mu się z ryja nie podobam? Czy może byś dołożył jeszcze, bo przecież można się z tym zgodzić po przemyśleniu??
Na koniec przyznał niechętnie, że jednak nie do końca uważnie przeczytał to, co zatwierdzał. Bo to było na komórce i się spieszył.
Kiedyś mi mówił, że chciałby być w przyszłości rzecznikiem prasowym.
Nie chciałabym takiego rzecznika.
P.S. Zauważyliście, że przez cały długi wywód ani razu nie bluznęłam? Niepokojące zjawisko.
HAHAHA czekałam, aż padnie to pytanie!
Odpowiedź brzmi: NIE MA TAKIEGO NUMERU!
Jako że udział biorę wyłącznie w konkursach, w których widzę jakąkolwiek szansę na wygraną – konkurs na Blog Roku niniejszym sobie odpuściłam. co widać na załączonym obrazku.
Spora doza samokrytycyzmu zmusza mnie do przyznania się, że bez pomocy paru setek krewnych, znajomych, powinowatych oraz bez pomocy mega akcji promocyjno-edukacyjnej, szanse me są nikłe.
Poza tym, na co mi to, ja się pytam.
Laptopa mam. Kasę mam. Biżuterii nie noszę, bo – zwłaszcza ta droga – słabo na mnie wygląda.
No i chora nie jestem, odpukać.
Póki co, piszę wyłącznie dla satysfakcji, a jest ona niemała.
Dla kasy może w przyszłym roku.
Ale nic nie obiecuję.
Najmilsi, jak mawiał nasz ksiądz proboszcz.
Wszystkich zainteresowanych uprzejmie informuję, że Waż mój i ja stanowimy odrębne byty.
Wszelkim insynuacjom, jakobym była li i jedynie produktem wyobraźni schizofrenika, daję stanowcze dementi.
Gwoli komentarzy typu „a może by tak Twoja żona coś napisała”.
Jak ktoś za mną tęskni, to zapraszam listy miłosne pisać na MOIM blogu.
Istnieję. Czytam. Czasem nawet odpisuję.
A notka będzie jak się skończy ten nerwowy tydzień, co trwa już od dwóch miesięcy.
Zostańcie z Bogiem.
|
|