"Mama just killed a man
Put a gun against his head
Pulled my trigger, now he’s dead…"
Naa, na na na na naaaa…
Wiecie co, kiedyś naprawdę popełnię zbrodnię.
No, bo sami powiedzcie: jeśli po dwóch i pół zaledwie latach po ślubie mój szanowny doprowadza mnie do białej gorączki, to co będzie po dekadzie? A po ćwirćwieczu?
Dalej się nawet moja bujna wyobraźnia nie jest w stanie zapuścić. Widzę tylko drzwi bez klamek i białe kaftany z dłuuugiiiiiimi rękawami.
Początki imprezy są takie: zawsze (tzn. nie tyle zawsze, co odkąd się znamy) z pewnym podziwem i zgrozą jednocześnie patrzyłam na moją Teściową, która co rano od lat prawie trzydziestu szykowała pięcioosobową ferajnę do wyjścia z domu. Kanapki, plecaki, kasa na paliwo/bilety, dokumenty, od pewnego czasu dowody rejestracyjne, jeszcze woda, jeszcze telefon, jeszcze łba zapomniałeś…
Wąż mój dojeżdżał do liceum około 25 km z tak głębokiej wsi, że jak się rzuciło kamień to leciał i leciał, a na końcu było słychać takie cichutkie "dup". Wyjeżdżał o świcie, wracał póżnym wieczorem i tak podobno uchetany, że przy kolacji zasypiał żując bułę.
Mama mu prała, sprzątała, prasowała, robiła żarcie, podstawiała pod nos, zmywała po nim, pilnowała żeby wszystko zabrał i żeby skręcił we właściwą stronę jak wyjdzie rano z domu. A jak nie mama to siostry.
Tak patrzę na to i patrzę, od ładnych już paru lat – i w coraz szybkim tempie podziw zajmuje sama zgroza. No, bo ludzie. Przyjeżdżają do nas Teściowie z wizytacją (tak to się utarło nazywać w naszym wąskim kółku), zbierają się do wyjazdu, a Teściu do swojej połowicy: gdzie jest moja komórka?
Teściowa grzebie po kieszeniach, po torebce, Teściu tymczasem przebiera nogami. Komórka znajduje się w torebce. Podobnie jak Teścia dokumenty od auta. I kluczyki do tegoż. Generalnie rzecz biorąc: za facetem z rodu mojego męża trzeba wszystko nosić.
A taki zaradny chłopak się wydaje na pierwszy rzut oka: ani nieśmiały, ani dziki, ani aspołeczny. Ze wszystkimi się dogada, wszystko załatwi, niczym się na zapas nie przejmuje.
Na zapas przejmuję się tylko ja. A jak trzeba to i po fakcie.
Przecież jak się czegoś zapomni, wystarczy zadzwonić do żony. Przyleci i przyniesie. W domu tak było, to czemu nie.
A zapomina skurczydziad wszystkiego, dosłownie. WSZYSTKIEGO, czego mu do dupy nie przyspawać na amen! Portfela, telefonu, kluczyków do samochodu, dokumentów z którymi idzie coś załatwiać, kluczy od mieszkania, dowodu tożsamości, nic sobie z wyprzedzeniem nie naszykuje, nosz kurwa! Przepraszam, ale naprawdę nie mogę!
Jak wiem dzień wcześniej, że mam być gdzieś z czymś, ubrana jakoś, poprzedniego wieczoru – a najdalej dwie godziny przed wyjściem – kładę w widocznym miejscu torebkę, do której wkładam wszystkie niezbędne przedmioty i dokumenty. Następnie szykuję sobie ubrania, prasuję i tak dalej, obok umieszczam rajstopy, jak nie mam żadnych całych to idę do sklepu i kupuję. Dzień wcześniej.
Człowiek, za którego wyszłam robi to maksymalnie pół godziny przed wyjściem. Znaczy, nie żeby nosił rajstopy, co to to nie. Mam na myśli, że się szykuje.
Ot, choćby dziś.
Wąż mój zasiadł w komisji wyborczej.
Pół godziny przed wyjściem (tzn. pół godziny przed rozpoczęciem pracy komisji, bo po co wychodzić z mieszkania z choćby pięciominutowym wyprzedzeniem) udał się pod prysznic, rzucając mimochodem "kurcze, chyba trzeba by było założyć jakąś koszulę".
- ŻE CO?? – odbiłam się od poduszki – Chcesz powiedzieć, że nie masz przygotowanej koszuli??
- Mam, ale nie wyprasowaną…
Tutaj proszę miłosierną część społeczeństwa o dwie minuty przerwy oraz na zastanowienie się, jakim cudem polskie społeczeństwo dopuszcza do tego, aby programowano jednostki, jak by nie patrzeć, niepełne.
Człowiek nie rodzi się idiotą. No dobra, może nie każdy. Ale generalnie rzecz biorąc, niemowlęta płci obojga przeważnie rodzą się zdrowe na ciele i umyśle.
Skoro Wąż mój nie wykazywał jakiś anomalii fizycznych ani umysłowych, to coś się musiało stać później. Ktoś popełnił błąd. I nie chcę pokazywać palcem, kto.
I abstrahując od mniej lub bardziej wojującego feminizmu, tudzież znajdujących się na przeciwnym biegunie szowinistycznych świń – czy żona to jest przepraszam automat wieloczynnościowy z funkcją odbierania komend drogą telepatyczną?
Nie mógł mi ofiara powiedzieć dzień wcześniej? Choćby i o 22:30??
Wyprysnęłam z pościeli kompletnie nieprzytomna i rzuciłam się do prasowania podanej mi przez mężczyznę koszuli. Wielki kawał szmaty, tak jak Wąż mój to kawał chłopa. Nieźle się spociłam, ale udało mi się uwinąć zanim wyszedł z kabiny. Ubrał się i zaczął szukać krawata.
Krawat nie leżał tam gdzie zwykle. Przełknęłam kilka brzydkich wyrazów, kilka kolenych zmieliłam w zębach.
Wziął krawat kompletnie nie pasujący do koszuli uciszając moje, jak to nazywa "dziamganie" argumentem, że nie ma czasu szukać innego, bo się spóźni. Zawiązał krawat.
Krawat był okropnie pognieciony.
Zgadnijcie proszę, ile razy w życiu mówiłam mu, że krawat się zwija i wkłada do przegródki w szufladzie albo wiesza na osobnym wieszaku na krawaty.
Wyciągnął jakiś inny, normalnie ładny, ale do koszuli nie pasujący jeszcze bardziej. Zawiązał raz, krzywo. Rozwiązał, zawiązał jeszcze raz. Narzucił marynarkę.
Marynarka była okropnie pognieciona z tyłu.
Otworzyłam usta i na widok jego miny zamknęłam je z trzaskiem. Docisnął węzeł na krawacie i wyłożył kołnierzyk koszuli.
Ja piedolę, na samiutkim przodzie kołnierzyka dwie nie doprane plamki. Pewnie po czymś tłustym, z daleka i przy sztucznym świetle wygląda jak załamanie, ale z bliska i przy świetle dziennym plamy, no jak wół. Plamy.
Nie zdzierżyłam i wybuchłam. Miałam na to całe 30 sekund, dopóki nie założył butów i nie trzasnął drzwiami, wychodząc już spóźniony.
- Wiecznie to samo, wiecznie! Wszystko na ostatnią chwilę, nic wcześniej nie przemyślisz, nie przygotujesz, nie zaplanujesz, o wszystkim trzeba za ciebie pamiętać, dobrze że jeszcze nie robisz pod siebie!! Zresztą to już by nie robiło większej różnicy… – patrzyłam mu na ręce, kiedy chował po kolei po kieszeniach klucze, drugie klucze, telefon, drugi telefon i portfel. Od drzwi zawrócił po chusteczki higieniczne – oczywiście pierwsze pytanie do mnie, gdzie leżą, trzeba było dac mu je do ręki – i wtedy właśnie zobaczyłam te cholerne plamy.
I tu następuje apel do kobiet.
Jesteście żonami, konkubinami, bliskimi przyjaciółkami, pal licho formalności, część z Was na pewno matkami. Jak nie matkami, to chociaż ciotkami, babkami, wychowawczyniami, opiekunkami czy czym tam jeszcze… Nie róbcie z dzieci ułomów! Uczcie samodzielności, do jasnej cholery! Czy to jest zdrowe i normalne, żeby za dorosłego faceta trzeba było o wszystkim pamiętać i wszystko mu wkładać do ręki??
Sierota zapomni czegoś a ja za nim lecę, bo przecież jak nie zabierze to nie załatwi/ nie pojedzie/ nie przyjmą go… Jak mu nie przypomnę że ma się spakować, wyjedziemy dwie godziny później. Jak mu nie powiem, co ma spakować to na miejscu będzie problem. Jak mu ubrań nie przygotuję to się najem wstydu, bo co ze mnie za żona co mężowi koszuli nie uprasowała?
Ostatnio wyjeżdżaliśmy na trzy dni. Jak mnie spytał, co ma ze sobą zabrać, myślałam że go ugryzę… Po paru niemiłych doświadczeniam nauczyłam się pakować do osobnych toreb. Jak się pakowaliśmy razem, zawsze jakoś tak wychodziło, że ja odwalałam całą robotę i pamiętałam o wszystkim,a potem było "Gdzie są moje czyste skarpetki? Gdzie włożyłaś pastę do zębów? Czemu nie wzięłaś dla mnie drugiej bluzy?"
Tera uwaga, będzie gwóźdź programu. Dziesięć minut od wyjścia mojego kochania odebrałam telefon.
"Zabijesz mnie…"
"O tak, kurwa. Zdecydowanie. Zajebię jak psa! Czego zapomniałeś??"
"Identyfikatora…"
Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na resztę mojej wypowiedzi, i tak wyczerpałam dziś limit klątw na najbliższy miesiąc. Na szczęście słyszały to wszystko wyłącznie sciany naszej wynajmowanej kawalerki i być może kilku sąsiadów przez ściany, bo się nie oszczędzałam. Taki mały koncert przy niedzieli. Wyleciałam w dresie, bez prysznica, przetłuszczone włosy chowając pod kapturem bluzy, wkurzona niemiłosiernie i blada ze złości. Dystans do lokalu wyborczego, normalnie dziesięciominutowy, przebyłam w niecałe trzy.
Zadążyłam w ostatniej sekundzie. Jeszcze mi zaproponował, ze skoro już jestem na miejscu to niech wejdę i zagłosuję.
To jednak szczęście że wzrok nie może zabijać.
Zawróciłam na pięcie i tyle mnie widzieli. Do lokalu udałam się powtórnie po godzinie osiemnastej. Chciałam tak koło dwudziestej się przejsć, przewietrzyć się przed snem. Ale o osiemnastej zadzwonił.
"Wiesz co, ten telefon służbowy mi się rozładowuje, potrzebuję ładowarki"
"Is this the real life ?
Is this just fantasy ?
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see…"
Ja jebię…